Na rajd po fortach dałam się namówić ledwo,ledwo :-(. Zimą nieco mi przybyło tu i tam i miałam wątpliwości czy nie padnę gdzieś po drodze. Zadyszka to moja codzienna towarzyszka ostatnio. Ale poszłam i nawet doszłam do celu, którym był Fort Łętownia :-).
Wyruszyliśmy o poranku z Żurawicy, czyli z Fortu Werner, potem Duńkowiczki, Bruner i ogólnorajdowe spotkanie w Łętowni zakończone masowym (hi hi) pieczeniem kiełbasek na ognisku. Nie będę się rozpisywać o fortach, w internecie jest pełno informacji jak ktoś jest zainteresowany. Zdjęcia pstrykałam jak popadnie, pokazują głównie dziury w ziemi, albo wejścia do tychże dziur. W jednym z korytarzy zobaczyłam "gwiazdy", widzenie owo zakończyło się pokaźnym guzem niestety. Poza tym "nasi tu byli" sądząc po ilości śmieci jakie się wszędzie walały, ech... Ale rajd był fajny, w lesie wreszcie widać koniec zimy, a ja muszę popracować nad sobą.
jak widać trochę nas było :-), a ten pień bardzo mi się spodobał. Wystawał nad ruiną w dole jak jakaś przedpotopowa istota.
I na koniec - hurra skończyłam drugi kocyk, a nawet na fali wyrabiania resztek zrobiłam na drutach czapkę i szalik. Nigdy nie wiadomo kiedy zima nas znowu zaskoczy ;-).
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
czwartek, 25 kwietnia 2013
sobota, 6 kwietnia 2013
"świateczny zajączek i szydełkowe coś"
Święta były delikatnie mówiąc "ciekawe", ale dzieci przyjechały , Piotruś dokazywał i tym się cieszę, a reszta.... pies trącał resztę ;-)).
Gacuś w charakterze "świątecznego zajączka"
W poniedziałek dzieci pojechały a ja byłam jakaś taka nie bardzo. Najpierw stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby nie siedzieć z ogłupiałą miną przed telewizorem, któren to telewizor żadnych ciekawych rzeczy nie przekazywał. Wyciągnęłam pudło z włóczką (niestety li i jedynie acrylową), którą kiedyś tam przed wiekami dostałam od babci. Wyprałam, wymotałam już jakiś czas temu i tak sobie leżała bez pomysłu na robótkę. Kolorki takie bardziej bijące po oczach. Babcia robiła z rzeczonego acrylu "amerykanskie" w stylu pledy i tak sobie pomyślałam - kocyk zawsze się przyda. No i zrobiłam hi hi. Cztery dni na tylnej części ciała i trzy kolorki z głowy. Nie bardzo jestem dumna z "dzieła" rak moich jako takiego, natomiast z tępa pracy i owszem, szczególnie biorąc pod uwagę, że za bardzo pracowita ostatnio nie jestem. Kocyk najłatwiejszy na świecie. Wystarczy umiejętność robienia półsłupków i każdy może wykonać sobie kocyk z resztek włóczki wszelakiej :-)).
Pozdrowienia ze stryszku :-)).
Gacuś w charakterze "świątecznego zajączka"
W poniedziałek dzieci pojechały a ja byłam jakaś taka nie bardzo. Najpierw stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby nie siedzieć z ogłupiałą miną przed telewizorem, któren to telewizor żadnych ciekawych rzeczy nie przekazywał. Wyciągnęłam pudło z włóczką (niestety li i jedynie acrylową), którą kiedyś tam przed wiekami dostałam od babci. Wyprałam, wymotałam już jakiś czas temu i tak sobie leżała bez pomysłu na robótkę. Kolorki takie bardziej bijące po oczach. Babcia robiła z rzeczonego acrylu "amerykanskie" w stylu pledy i tak sobie pomyślałam - kocyk zawsze się przyda. No i zrobiłam hi hi. Cztery dni na tylnej części ciała i trzy kolorki z głowy. Nie bardzo jestem dumna z "dzieła" rak moich jako takiego, natomiast z tępa pracy i owszem, szczególnie biorąc pod uwagę, że za bardzo pracowita ostatnio nie jestem. Kocyk najłatwiejszy na świecie. Wystarczy umiejętność robienia półsłupków i każdy może wykonać sobie kocyk z resztek włóczki wszelakiej :-)).
Pozdrowienia ze stryszku :-)).
środa, 20 marca 2013
"podobno wiosna już za progiem..."
Na stryszku przez ostatnie kilka dni nie tylko nie było widać żadnych oznak wiosny, ale po raz pierwszy czułam się tu, jak w przysłowiowym "rodzinnym grobowcu". Metr śniegu na dachu i oto w domu ciemności całkowite. Jeszcze nigdy tyle śniegu na dachu nie leżało i muszę przyznać, że było to dosyć przygnębiające. Ale udało się ruszyć dwa okna i oto wreszcie słońce zajrzało do mojej graciarni. Nie jest łatwo wracać po długiej nieobecności. Tyle razy zaczynałam pisać, w końcu jednak wszystko kasowałam. Obiecałam sobie nie jęczeć, co niestety okazało się niewykonalne ;-). Generalnie bardzo zaniedbałam życie blogowe w każdej postaci. Przez te kilka miesięcy dużo się działo. Trochę smutków, ciut radości i sporo podnoszących ciśnienie wydarzeń w kamienicy :-). Od listopada mamy Wspólnotę i nawet odbyło się już pierwsze zebranie, na którym układaliśmy plan gospodarczy na ten rok. Czy uda się nam cokolwiek zrobić i poprawić jakość życia w kamienicy czas pokaże. A teraz żeby nie było, że tak już zupełnie nic nie robiłam na początek "energetyczna" czyli w moim przypadku oczywiście czerwona poduszka :
całkowicie dowolnie uszyta i przepikowana z niezbyt pięknych skrawków, wyszła całkiem fajnie i muszę przyznać, że takie pikowanie to doskonały sposób na oderwanie się od problemów.
Przygotowałam też sobie spory zapas pasków na szmatkowe koszyki. Żadnym gotowym nie mogę się pochwalić, ale może z wiosną wróci mi zapał do robótek.
jak widać całkiem sporo kawałków pocięłam :-)). I wreszcie efekty porządków w pudle z koralikami. Od dawna już nic nie robiłam, pomysły mi się wyczerpały, ale pewnego popołudnia powyciągałam co tam mi jeszcze zostało z zapasów i zabrałam się do pracy. Nic wspaniałego, ale myślę, że do letnich rzeczy ...
kilka z bliska:
i na dzisiaj to tyle :-).
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, listy i zapraszam.
całkowicie dowolnie uszyta i przepikowana z niezbyt pięknych skrawków, wyszła całkiem fajnie i muszę przyznać, że takie pikowanie to doskonały sposób na oderwanie się od problemów.
Przygotowałam też sobie spory zapas pasków na szmatkowe koszyki. Żadnym gotowym nie mogę się pochwalić, ale może z wiosną wróci mi zapał do robótek.
jak widać całkiem sporo kawałków pocięłam :-)). I wreszcie efekty porządków w pudle z koralikami. Od dawna już nic nie robiłam, pomysły mi się wyczerpały, ale pewnego popołudnia powyciągałam co tam mi jeszcze zostało z zapasów i zabrałam się do pracy. Nic wspaniałego, ale myślę, że do letnich rzeczy ...
kilka z bliska:
i na dzisiaj to tyle :-).
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, listy i zapraszam.
poniedziałek, 16 lipca 2012
"teraz ja" - czyli robię coś dla siebie
Trudno się uczę w kwestii "Marysia to frajerka", ale ostatnio zaliczyłam tyle kopniaków, że nawet ja spasowałam. Pewnie jak sobie to wszystko poukładam w glowie wyględzę jakiś post. A na razie na drodze zmian w moim stosunku do otoczenia postanowilam od czasu do czasu zrobić coś tylko dla siebie i spełnić jakąś zachciankę. Od niepamiętnych czasów chciałam zobaczyć kilka miejsc i jakoś nigdy nic z tego nie wyszło. Na dobry początek - wycieczka do Pragi. Trzy miesiące jako kobieta sprzątająca i proszę oto ja :-) w Pradze.
kilka "widokówek", nic odkrywczego, wszystkie piękne zdjęcia Pragi niestety zrobił już ktoś wcześniej :-).
i kilka urokliwych zakątków
Zdjęć mam dużo, jakość głównie pamiątkowa ;-), ale co mi tam. Wycieczka była z gatunku "zwiedzamy galopkiem" i zdjęcia też robione w podobnym tempie. Wyjechaliśmy z Przemyśla w środę o 22. Od 10 rano prosto z autobusu ruszyliśmy zwiedzać. Około 15 krótki postój w hotelu, coby się doprowadzić do porządku i z powrotem do miasta. To był naprawdę meczący dzień. Po kolacji jeszcze trochę zwiedzania, wieczorem przedstawienie z podświetlanymi fontannami w tle i powrót do hotelu. Przynajmniej taki był zamiar, ale jak można iść spać w Pradze nie wstąpiwszy wcześniej na piwo? W rezultacie spać poszłam około 1 w nocy, albo nad ranem jak kto woli. Drugi dzień równie intensywny, zakończony rejsem po Wełtawie i oczywiście kolejna wizyta w knajpce :-). Rano po śniadaniu wyjazd. Po drodze wstąpiliśmy do Kutnej Hory i Sedlec. Kolacja już po naszej stronie i w domu byłam w środku nocy zmęczona niemiłosiernie, ale naładowana po czubek głowy pozytywną energią, której mam nadzieję wystarczy mi na jakiś czas.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
kilka "widokówek", nic odkrywczego, wszystkie piękne zdjęcia Pragi niestety zrobił już ktoś wcześniej :-).
i kilka urokliwych zakątków
Zdjęć mam dużo, jakość głównie pamiątkowa ;-), ale co mi tam. Wycieczka była z gatunku "zwiedzamy galopkiem" i zdjęcia też robione w podobnym tempie. Wyjechaliśmy z Przemyśla w środę o 22. Od 10 rano prosto z autobusu ruszyliśmy zwiedzać. Około 15 krótki postój w hotelu, coby się doprowadzić do porządku i z powrotem do miasta. To był naprawdę meczący dzień. Po kolacji jeszcze trochę zwiedzania, wieczorem przedstawienie z podświetlanymi fontannami w tle i powrót do hotelu. Przynajmniej taki był zamiar, ale jak można iść spać w Pradze nie wstąpiwszy wcześniej na piwo? W rezultacie spać poszłam około 1 w nocy, albo nad ranem jak kto woli. Drugi dzień równie intensywny, zakończony rejsem po Wełtawie i oczywiście kolejna wizyta w knajpce :-). Rano po śniadaniu wyjazd. Po drodze wstąpiliśmy do Kutnej Hory i Sedlec. Kolacja już po naszej stronie i w domu byłam w środku nocy zmęczona niemiłosiernie, ale naładowana po czubek głowy pozytywną energią, której mam nadzieję wystarczy mi na jakiś czas.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
sobota, 7 lipca 2012
"na dachu i na podwórku"
Miałam nic nie robić na podwórku w tym roku, ale nie wytrzymałam. To co przetrwało zimę i "specjalny" rodzaj zasilania przez sąsiadów i ich powiedzmy gości zaczęło rosnąć i jakoś tak żal mi się zrobiło roślinek. Skalniaki od sąsiadki, które w zeszłym roku były malutkie rozrosły się jak szalone :-). Rdest niestety nie przeżył "zasilania" moczykiem imprezowiczów i jeden winobluszcz też marnieńki. Ale jakieś światełko w tunelu jednak jest :-), dostałam od stryszkowego sąsiada sadzonkę lawendy. Niby niewiele, ale baaardzo się ucieszyłam. Jeżeli tylko roślinki nie padną od naprawdę okropnego upału za miesiąc powinny być większe. A teraz koniec ględzenia, sami zobaczcie jak wygląda "mój" kawałek podwórka.
a tu jeszcze ugór, ale mam plan. W tym roku zamierzam uporządkować i może posadzić jakieś coś wieloletnie.
A teraz uprawy dachowe :-).
Nowy rodzaj pelargonii sprawdzam i chyba jednak te zwykłe najbardziej popularne najlepiej się sprawdzają na dachu.
Lawenda rośnie i pięknie pachnie jak wiatr zawieje
a w kuchennym oknie zioła :-), coś tam skubię do jedzenia, ale generalnie sprawdzam co i jak rośnie. Zapach też jest bardzo aromatyczny i apetyczny.
i najpiękniejszy "kwiatek" na dachu, jak widać uważa, że klatka należy tylko do niego
To tyle na dzisiaj. Gorąco jest tak, że trudno wytrzymać i z utęsknieniem wyglądam deszczu, oczywiście bez efektów specjalnych w postaci wichury i gradobicia.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
a tu jeszcze ugór, ale mam plan. W tym roku zamierzam uporządkować i może posadzić jakieś coś wieloletnie.
A teraz uprawy dachowe :-).
Nowy rodzaj pelargonii sprawdzam i chyba jednak te zwykłe najbardziej popularne najlepiej się sprawdzają na dachu.
Lawenda rośnie i pięknie pachnie jak wiatr zawieje
a w kuchennym oknie zioła :-), coś tam skubię do jedzenia, ale generalnie sprawdzam co i jak rośnie. Zapach też jest bardzo aromatyczny i apetyczny.
i najpiękniejszy "kwiatek" na dachu, jak widać uważa, że klatka należy tylko do niego
To tyle na dzisiaj. Gorąco jest tak, że trudno wytrzymać i z utęsknieniem wyglądam deszczu, oczywiście bez efektów specjalnych w postaci wichury i gradobicia.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)