Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na stryszku zrobione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na stryszku zrobione. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2017

" czapkę sobie zrobiłam ;-) "

W zasadzie to nie ma się czym chwalić. Zupełnie zwykła ściągaczowa, tylko włóczka śliczna. I właśnie w temacie włóczek będzie. Nabyłam sobie w wiadomym sklepie szaliczek za jedne 2 zł, bo mi się kolory spodobały, a nie z potrzeby, bo szaliczków ci u mnie dostatek. Jak nie cierpię czapek tak kocham szaliki. Tak więc nabyłam szaliczek przecudnej urody i przechodząc obok pasmanterii, której wystawa zawsze mnie przyciąga zobaczyłam włóczkę w kolorach bardzo do szaliczka pasujących. Z przyczyn wiadomych moja głowa teraz czapek wymaga, bez względu na lubienie, tak więc weszłam do pasmanterii. Oczopląs gwarantowany nastąpił i niestety szok finansowy. Dodam tutaj, że włóczkę na kocyki pozyskuję prawie wyłącznie z recyklingu, albo czasem w wiadomym sklepie udaje się kupić nową. Niby zdawałam sobie sprawę , że tanio nie jest, jednak ceny mnie z lekka zaskoczyły.  Coby dokończyć szaliczek z kwadratów wykonany z resztek z przeszłości postanowiłam przy okazji zakupić anilanę typu Kocurek i szczęka mi opadła bo ów Kocurek kosztował 9 zł za 10 dag. Nie ma się więc co dziwić, że za 10 dag czapkowej zapłaciłam 18 zł. Była w różnych kolorach i już widziałam siebie w wielkim swetrze popielato-wrzosowym, ale to było zanim spytałam o cenę :-(.  Jako pocieszenie mam nabytą w szmateksie czerwoną cieniowaną, z której dłubię już drugą hi hi wersję swetra i obawiam się , że nie ostatnią. Nabyłam ją w postaci swetra, który ktoś wykonał i bardzo temu komuś on nie wyszedł, więc po prostu wyrzucił. Widać z tych bogatszych "druciarzy' ten ktoś pochodził. W każdym razie sprułam, wymotałam, wyprałam, zwinęłam i robię. Nie pamiętam kiedy sobie ostatnio sweterek zrobiłam, więc ciut opornie mi idzie ;-), stąd już druga wersja.
Szkoda, że taka droga bo taki popielato-wrzosowy, wielki, mięciutki, otulający.....ech
Przyszły sweterek na razie wygląda tak hi hi
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

środa, 17 lutego 2016

"finisz szpitalnej robótki "

Prawie finisz szczerze mówiąc; -). Została mi robota głupiego czyli nitki z tyłu. Łączyłam kwadraty półsłupkami i średnio mi się to podoba. Ale i tak jestem zachwycona bo to moje pierwsze prawdziwe granny square. I nabrałam ochoty na więcej. Zdjęcia niestety z telefonu

I znalazłam niedobitki muliny, z których zrobiłam kilkanaście kwadratów. Będzie z tego letni szal, przynajmniej teraz taki jest plan. Końce kolorowe reszta biała.  Na razie więcej nie zrobię bo znowu hihi skończyły mi się nici. Tym razem się nie przejęłam, powinno mnie to zmobilizować do wciągania nitek. Próbuję innego sposobu łączenia kwadratów i mam nadzieję, że ćwiczenie czyni mistrza ;-).

Serdeczne pozdrowienia z Wrocławia.  

niedziela, 27 grudnia 2015

,,moje szpitalne dokonania robótkowe ,,


Mam nadzieje ze coś widać bo fotki wieczorne i telefoniczne. Zrobiłam jeszcze trochę kolorowych srodeczkow, niestety skończyły mi się białe nici. Ale już wysłane. Jeżeli nie przepadną gdzieś w szpitalnych kazamatach będę  miała znowu coś do roboty. Jestem zadowolona bo to moje pierwsze kwadraty i wyglądają całkiem dobrze. Serdeczne pozdrowienia.

czwartek, 4 grudnia 2014

"chciałam mieć manekina...hm"

Od kiedy dawno temu zobaczyłam manekina krawieckiego z prawdziwego zdarzenia, czyli starego, pokrytego płótnem i na drewnianej nodze tkwiła we mnie chęć posiadania takowego. Chęć trwała, manekina nie było. Aż tu jakieś trzy lata temu znajoma likwidowała sklep i zakład krawiecki i jakoś tak się zgadałyśmy o moim manekinowym niespełnionym pragnieniu. I otóż Danusia stwierdziła, że może je spełnić . Upewniłam się , że to taki prawdziwy na drewnianej nodze i tak trwałam w szczęśliwości wielkiej dopóki nie zobaczyłam owego "prawdziwego" upragnionego manekina :-((. Noga i owszem powiedzmy drewniana, ale korpus niestety jak najbardziej współczesny styropianowy. Przełknęłam rozczarowanie i podziękowałam. Przyniosłam owo coś do domu i tak sobie stało i denerwowało rok cały. W końcu postanowiłam go okleić coby drania uszlachetnić. I dalej stał, bo od postanowienia do wykonania jak się okazało droga była wyjątkowo daleka czyli minęły jeszcze dwa lata zanim się zabrałam do dzieła. I wcale nie z wielkiej chęci, ale z powodu postępującego zniszczenia, zaczął się mianowicie kruszyć. Ponieważ posiadam pewną ułomność umysłową polegającą na całkowitej niemożności skorzystania z jakiejkolwiek instrukcji, zamiast najpierw pooglądać jak takie oklejanie ma wyglądać w praktyce przygotowałam gazetę, kartki ze starej książki i posiadane resztki przedwojennych gazetek robótkowych. Korpus miał sprawiać wrażenie starego hi hi i to jedyne co udało mi się osiągnąć. Reszta to porażka i raczej nic już nie będę oklejać. Kompletnie się do tego nie nadaję, nie mam tego rodzaju cierpliwości, żeby spokojnie czekać na wysychanie kolejnych warstw, nie mówiąc już o tym, że nie planowałam żadnej innej działalności w tej dziedzinie, więc nie kupowałam żadnych specjalistycznych klejów itp. Ale dość ględzenia pokażę co mi wyszło

Pierwsza warstwa to zwykła gazeta, miała za zadanie powstrzymać wyłupujące się kawałki, druga to kartki ze starej zdekompletowanej książki na tym nakleiłam kawałki z gazetki. Nie jest okropnie okropne :-), ale też nie wielkiej urody. Myślę, że grubość tych papierów nie sprzyjała dokładnemu oklejaniu bo trochę sztywne było to wszystko, tak przynajmniej tłumaczę się sama przed sobą hi hi.
I w świątecznym klimacie z cyklu "bo przedszkole uczy bawi nas..." przeglądając celem inspiracji ozdoby świąteczne zobaczyłam takie guzikowe. Guzików ci u mnie dostatek z odzysku szmatkowego, więc zrobiłam "choineczkę" na styropianowym stożku.
Guzików wychodzi na to to strasznie dużo, a czy warto robić coś takiego?- sami zdecydujcie :-)
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.



środa, 7 maja 2014

" z majowym słonkiem :-)) "

Nagromadziło mi się różnych zniechęceń więc dawno tu nie zaglądałam. Wszystko jednak kiedyś się kończy nawet największe zniechęcenie :-)). Poświęciłam trochę czasu na nikomu  oprócz mnie niepotrzebna pracę podwórkową i jak tylko skończy się tynkowanie bocznej ściany budynku pokażę efekty. Dostałam kilka roślin od koleżanek "sprzątających" swoje ogrody i mam wielką nadzieję że się przyjmą i nie zostaną zniszczone podczas prac budowlanych. Przy okazji "uprawiania" podwórka wykształciłam w sobie umiejętności żebracze hi hi. Kolega podarował mi kilka desek tzw. oszwarów na skrzynie i kombinujemy jeszcze ze dwie ławki. Deski leżały na podwórku ze trzy lata nabrały więc że tak powiem patyny i są pięknie szare.
Obszyłam też szmatkowy pledzik. Niestety nie aksamitem bo było za grubo. Efekt końcowy jest bardzo "rękodzielniczy". Staram się ciąć mniej więcej równe paski, ale różne materiały dają różną grubość i całość nie jest wzorem równości. Mogę się bardzo przejmować albo uznać że taka jego uroda co też czynię :-)). Ma zdecydowanie rustykalny klimat i robię już kolejny :-)).



Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

środa, 15 stycznia 2014

"pstrokate"

Tym razem na warsztat trafiły trzy bluzki i spódnica :-)). Wyszły dwie podkładki pod talerze.

Kolorowe, pstrokate i bardzo wiosenne. Za oknem wprawdzie pada coś paskudnego czyli zamarzający deszcz, ale od czego wyobraźnia. Stolik w zielonym ogrodzie na nim podkładki i talerzyki z tarta owocową, albo bezą z bitą śmietana i truskawkami :-)).
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

niedziela, 12 stycznia 2014

"rok 2014 pod znakiem recyklingu :-)"

Pokazałam kiedyś pozwijane paski ze szmatek. Cięcie starych ubrań zabrało mi latem sporo czasu. Mam strasznie dużo szmatek uzyskanych z bluzek, sukienek i itd. trochę wykorzystałam na koszyki, podkładki, ale jakoś nie widać , żeby coś ubywało. Nie przyznam się ile mam pudeł tego "dobra" bo to już  wygląda na szmaciarską chorobę hi hi. W każdym razie któregoś dnia naszedł mnie zapał na wykorzystanie pracowicie pozwijanych kłębków i zrobiłam podkładki pod filiżanki. Są grube i dosyć sztywne, myślę , że doskonałe na taras, albo ogrodowy stolik.



zrobiłam też wierzchy do poduszek, które czekają na wykończenie i dwie bardzo kolorowe podkładki pod talerze. Pokażę w następnym poście. Pewnie nie wszystkim spodoba się taki sposób wykorzystania niepotrzebnych ubrań - słyszałam już uwagi typu: nie opłaca się robić takich rzeczy bo można kupić tanio w ... - ale wykonanie użytkowej rzeczy z czegoś co pozornie nadaje się już tylko do wyrzucenia może być świetną zabawą.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

sobota, 21 grudnia 2013

"wianek dla Kasi"

Trochę zgrzebny, za to świecący :-)). Zdjęcia na chybcika zrobione chwilkę przed oddaniem.

Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

"szmatkowych domków ciąg dalszy"

tym razem wiszące, z założenia choinkowe :-)).

serdeczne pozdrowienia ze stryszku :-))

wtorek, 10 grudnia 2013

"sówki Eli"

Sówki przyjaciółki. Wichura dostarczyła mi gałązek, które zebrałam prosto z chodnika :-)). Cieńsze namoczyłam i udało mi się jeszcze zwinąć wianek. Na razie wisi i nabiera kształtu. Być może jeszcze jakaś sowa przyleci, albo może jakieś domki, jeszcze nie wiem. Zdecyduję jak wianek nabierze kształtu :-)).

Serdeczne pozdrowienia ze stryszku :-)

czwartek, 1 sierpnia 2013

"zasadniczo to tylko żarówka :-)), ale..."

Lubię różne źródła światła. Na stryszku nie bardzo można było zaszaleć, bo projektant przewidział wyprowadzenie kabli tylko na ścianach . Po tych kilku latach wiem , że przy skosach boczne światło niekoniecznie jest najlepsze. W większym pokoju przy okazji rozbiórki ściany udało się inaczej poprowadzić kable, ale pokażę w swoim czasie, bo nadal namawiam się do malowania ;-). Zmieniłam też oświetlenie w kuchni. Nie każdemu podoba się żarówka na sznurku, ale mi i owszem. Kupiłam sobie dwie takie i bardzo jestem zadowolona, bo razem z bocznymi lampkami wreszcie dają takie światło jakie lubię.


Wisiały sobie czas jakiś dwie wzięte na próbę (sklep niewielki, więc właściciel ostrożny)  nie wzbudzając entuzjazmu w klientach i przyznam, że też nie od razu dokonałam zakupu, bo chociaż niepozorne to szczególnie tanie nie były. Na początku się wahałam bo wolałabym czerwone co chyba nikogo nie dziwi ;-), ale stwierdziłam, że w mojej "śmietnikowej"kuchni takie różne będę lepsze. Wcześniej miałam świetne reflektorki, niestety w sumie 200 W i trochę dawały po oczach. Teraz nawet jak używam wszystkich lampek to tylko 50 W, więc różnica zasadnicza. Lampki chwilkę już sobie wisiały, kiedy coś mi w główce piknęło i przypomniałam sobie, że dawno temu robiąc remont w pierwszym mieszkaniu własnymi rękami przykręcałam do kostki zamiast lampy właściwej żarówkę w oprawce. Zapłon to ja mam mocno spóźniony niestety. Udałam się do marketu budowlanego i odkrycie hi, hi, oprawek różnych pod dostatkiem, kabelki z pstryczkiem elektryczkiem i wtyczką gotowe. Wprawdzie w Przemyślu kabel w oplocie tylko do żelazka, więc chwilowo zadowoliłam się zwykłym bo raczki świerzbiły i mam lampkę przenośną prezentującą nieco chlewikowy "dyzajn", ale jestem zachwycona :-). Niewiele mi trzeba do szczęścia hi,hi. Oprawki z porcelitu niestety chyba na wykończeniu, kupiłam wszystkie jakie były czyli trzy. Te konkretne dodatkowo mają haczyk i można je łączyć w sznur, otwory na przewód z dwóch stron. W internecie znalazłam sznury w oplocie w kolorach jakie chcieć, więc kiedyś tam sobie sprawię.
A oto moja "chlewikowo-warsztatowa" własnoręcznie wykonana


Wystarczy, że w różnych miejscach wkręcę małe haczyki w deski sufitowe i lampka wisi gdzie mi się podoba. Niby nic takiego, a humor poprawia :-)
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

środa, 20 marca 2013

"podobno wiosna już za progiem..."

Na stryszku przez ostatnie kilka dni nie tylko nie było widać żadnych oznak wiosny, ale po raz pierwszy czułam się tu, jak w przysłowiowym "rodzinnym grobowcu". Metr śniegu na dachu i oto w domu ciemności całkowite. Jeszcze nigdy tyle śniegu na dachu nie leżało i muszę przyznać, że było to dosyć przygnębiające. Ale udało się ruszyć dwa okna i oto wreszcie słońce zajrzało do mojej graciarni. Nie jest łatwo wracać po długiej nieobecności. Tyle razy zaczynałam pisać, w końcu jednak wszystko kasowałam. Obiecałam sobie nie jęczeć, co niestety okazało się niewykonalne ;-). Generalnie bardzo zaniedbałam życie blogowe w każdej postaci. Przez te kilka miesięcy dużo się działo. Trochę smutków, ciut radości i sporo podnoszących ciśnienie wydarzeń w kamienicy :-). Od listopada mamy Wspólnotę i nawet odbyło się już pierwsze zebranie, na którym układaliśmy plan gospodarczy na ten rok. Czy uda się nam cokolwiek zrobić i poprawić jakość życia w kamienicy czas pokaże. A teraz żeby nie było, że tak już zupełnie nic nie robiłam na początek "energetyczna" czyli w moim przypadku oczywiście czerwona poduszka :





 całkowicie dowolnie uszyta i przepikowana z niezbyt pięknych skrawków, wyszła całkiem fajnie i muszę przyznać, że takie pikowanie to doskonały sposób na oderwanie się od problemów.
Przygotowałam też sobie spory zapas pasków na szmatkowe koszyki. Żadnym gotowym nie mogę się pochwalić, ale może z wiosną wróci mi zapał do robótek.



jak widać całkiem sporo kawałków pocięłam :-)). I wreszcie efekty porządków w pudle z koralikami. Od dawna już nic nie robiłam, pomysły mi się wyczerpały, ale pewnego popołudnia powyciągałam co tam mi jeszcze zostało z zapasów i zabrałam się do pracy. Nic wspaniałego, ale myślę, że do letnich rzeczy ...






kilka z bliska:







i na dzisiaj to tyle :-).
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, listy i zapraszam.


wtorek, 12 czerwca 2012

"prymitywne, albo ładniej-rustykalne- domki aplikacje"

Dzień dobry w trochę deszczowy, ale bardzo ciepły dzień.
Na początek Gacuś :-), smutny , bo już wstałam i koniec głaskania.


Teraz kolejna torba. Zaczęta z miesiąc temu i porzucona wreszcie doczekała się skończenia.
W planie była znacznie ładniejsza, ale wyszło jak wyszło. I tak jestem zadowolona, ze znowu coś robię i powoli wykończam pozaczynane rzeczy :-)). Jak zwykle nie umiałam zrobić dobrego zdjęcia. Latałam po stryszku próbując kolory w różnych miejscach . W większym pokoju uszyłam sobie czerwonawe zasłonki i poświata wychodziła okropnie różowa. W kuchni na stole jest coś czego lepiej nie pokazywać, czyli maszyna , pełno nici, kawałki, skrawki i co sobie tylko chcecie wymyślić na pewno tam jest :-). Ale co tam - pokazuję


i jeszcze środek z kieszonką


torba jest bardzo "mięsista"- niestety w pasmanterii chwilowo był tylko jeden gatunek włókniny. Trochę za gruba, a nie dawała się rozdzielić. Musiałam podszyć i wierzch i środek , bo użyte tkaniny za cienkie były.
Pozdrowienia ze stryszku.

czwartek, 26 stycznia 2012

"amok zamiast dołka ;-) "

Chciałam przygotować "prezentowy" post, ale jak zwykle moje plany wzięły w łeb. Na początek napiszę tylko, że cieszę się , że igielniki ze skrawków się spodobały i jak tylko wrócę do ich szycia zrobię instrukcję. I oczywiście dziękuję za komentarze. Nie zaglądałam tu długo, ale jak zaraz zobaczycie chyba mi ciut odbiło hi hi.
Zaczęło się od problemu, który generalnie problemem nie powinien być i moim zdaniem wynika z braku podstawowej komunikacji i zrozumienia. Mianowicie okazało się , że to co ja postrzegałam jako zwyczajną troskę Mm odebrała jako totalną kontrolę nad jej poczynaniami. Pewnie wyglądałoby to inaczej gdyby sytuacja była inna. Ale wyszło jak wyszło i obie musimy z tym żyć. Mm uważa, że w Łodzi też by wyzdrowiała i niepotrzebnie ją tu przywiozłam. Wynikają z tego różne sytuacje, które czasem śmieszą a czasem doprowadzają do białej gorączki. Uznała, że już jest zdrowa całkowicie i w związku z tym będzie wszystko robiła sama. I ok, niech robi, ale używając rozumu. Jak wiadomo mamy zimę i pogoda jest zmienna, więc wychodzenie z domu bez telefonu i nic nie mówiąc nie wydaje mi się rozsądne. Sama jestem póki co bardziej sprawna fizycznie, a jakoś nie przeszkodziło mi to w zaliczeniu upadku, po którym ledwo wstałam i to nie od razu. Więc według mnie prośba, żeby wychodząc z domu zabierała telefon i jednak mówiła, że wychodzi jest czymś zwyczajnym, a nie dowodem na to, że nie może nic zrobić bez mojego pozwolenia. Poza tym Przemyśl wprawdzie duży nie jest, ale do tej pory między pobytami w szpitalach i leżeniem w domu nie było wiele okazji, żeby go poznała. No, ale jakoś nie możemy się dogadać. Zasadniczo dla mnie to, że jest coraz bardziej sprawna i samodzielna jest nagrodą od losu, której szczerze mówiąc nie oczekiwałam, więc nijak nie mam zamiaru ani ochoty jej ograniczać i kontrolować. Ale wszystkie te drobne scysje i niemiłe podchody doprowadziły, ze moja krucha z trudem osiągana równowaga poszła precz i znowu byłam jak niedorobiona galareta. I tu wkraczamy w sferę amoku porzucając sferę dołka :-). Otóż jedna moja znajoma posiadająca sklep z materiałami zapytała czy nie chcę resztek obiciówki. Z większych kawałków, które zostają z beli szyje jaśki, ale z tego co zostaje już nic nie robi. Nooooooooo oczywiście jako osoba mająca zaszmacone zaledwie połowę mieszkania przygarnęłam kawałki do niczego mi niepotrzebne. Ale przecież nie mogłam pozwolić żeby poszły do śmietnika. Pewnie gdyby nie ogłupiający dołek to jednak ograniczyłabym moje żądze szmaciarskie hi hi. Już wlokąc potworny wór do domu zaczęłam się zastanawiać na co mi to i co z tym zrobię. Na początek okazało się , że diabelstwo potwornie puszcza nitki co natychmiast odkryły koty, bo wysypałam zawartość wora na podłogę , żeby zobaczyć co właściwie dostałam. Dostarczając kotom upojnej rozrywki zaczęłam kawałki mniej więcej układać kolorystycznie i tak sobie pomyślałam, że może jakieś torby by z tego wyszły ? Z tą myślą udałam się na tzw spoczynek. A od rana się zaczęło i tak trwa już kilka dni. Zasadniczym założeniem było, żeby torba była prosta, szybka łatwa do szycia i bez żadnych bajerów, bo stan umysłu wykluczał jakieś twory wymyślne. Kształt narzucają kawałki, co widać :-) na obrazkach poniżej. Mój osobisty szmaciany świr każe wykorzystywać każdy kawałek, więc ograniczam cięcie do minimum. Torba może być zakupowa, albo plażowa na przykład. Nie są one niczym cudownym, ale chyba lepiej szyć torby niż zamieniać się w trzęsącą galaretę.
Na pierwszym zdjęciu efekt pracy wieczornej. Do końca jeszcze daleko, ale wierzch uszyty :-))

Tutaj gotowa, dość duża. Kolory nie do końca są takie jak na zdjęciach, ale śnieg na oknach nie bardzo sprzyja takim pstrykaczom jak ja co to nie umieją sobie dobrze ustawić aparatu. Mam ten aparat już kilka lat, niestety instrukcja nadal pozostaje dla mnie lekturą mało zrozumiałą.

Torba składa się z trzech elementów, albo czterech jak ktoś woli bo ucha/uszy są dwa Najpierw zszywam wierzch z kawałków, potem podszywam go cieniutką włókniną i prasuję, ewentualnie wyrównuję brzegi i zszywam boki. Następnie to samo robię z podszewką. Torba jest dosyć "mięsista". Szyję uszy, przypinam na prawej stronie i przewracam torbę na lewą stronę. To samo robię z podszewką w której zostawiam kawałek boku niezaszyty. Wkładam do torby prawą do prawej, czyli mam jakby torbę na lewej stronie. Uszy są w środku między dwiema warstwami. Zszywam ze sobą wierzch i podszewkę i przez dziurę przewlekam na prawą stronę . Dziurę zaszywam, wkładam do środka podszewką i przeszywam po wierzchu. I koniec :-).

ta mnie nieco rozczarowała bo tkaniny mają fajne faktury, a torba nijaka wyszła, ale coś wymyśle żeby ją ożywić nieco

"bagietkowa" czyli wąska i wysoka


Ta jest moja ulubiona :-))


Kawałki wykorzystałam też do udomowienia fotela w mieszkaniu na dole. Fotel kupiłam na allegro . Zależało mi na tym, żeby miał drewniane poręcze, był lekki i stabilny. Do tego fotela początkowo zniechęciło mnie pokrycie, ale w końcu zdecydowałam się na niego bo siedzenie wyglądało na dobrze wyprofilowane i takie też jest :-). Poza tym derma czy co to tam jest okazała się w dobrym stanie i doskonale się czyści. Niestety nie nadaje się do bezpośredniego siedzenia dla osoby z odleżyną, ale wykorzystałam kawałki i uszyłam na fotel "ubranko". Na pewno wyglądałoby to lepiej gdyby było jak od tapicera, ale nie umiem, a nie chciało mi się go rozkręcać i obszywać. Ten sposób pozwala też na szybkie zdejmowanie i pranie. Uszyłam prostokąt, podszyłam grubszą włókniną, płócienną podszewką i wszyłam po dwie pętelki na każdym boku. Potem w odpowiednich miejscach przyszyłam guziki i pokrowiec jest spinany w czterech miejscach. Mam nadzieję , że będzie się to trzymało i zda egzamin :-).





Serdeczne pozdrowienia ze stryszku. Oddalam się do szycia, póki jestem w ciągu hi hi. Jeszcze duuuuuuuużo kawałków mi zostało.