Moja kuchnia prezentuje styl zwany "śmietnikowym" czyli skład rupieci dający po oczach kolorami, których jak mówią znawcy tematu nie powinno się łączyć w jednym pomieszczeniu ;-). Ale skoro tulipan na ten przykład jest czerwono-zielony i nikomu to nie przeszkadza, to ja sobie mogę mieć "tulipanową" kuchnię. Jak widać cierpię na brak umiaru w ilości posiadanych dóbr kuchennych. Co jakiś czas, jak już kiedyś pisałam przeprowadzam selekcję, ale efektów za bardzo nie ma, bo jak tylko coś ubędzie to zaraz inne przylezie.
Na początek kuchenne ptaszki
Młynki, ten żółty należał do Babci i nadal doskonale mieli kawę
Talerze na ścianie, hm te dwa zielonkawe pochodzą z końca XIX wieku i nadają się tylko do śmietnika, albo na ścianę :-)). Kupiłam je za 5 zł w sklepie ze starzyzną , wyszorowałam, przykleiłam zawieszki i uważam, że pięknie się prezentują. Te czerwonawe przybyły po małym wypadku, do którego sama się niestety przyczyniłam.
Biurowa szafka z Ikei zapewniła mi szufladki na różne kuchenne drobiazgi, które trudno upchnąć w kuchni bez szafek.
Między innymi du...relami obiekt kultu, na który zarobiłam pracując w Bieszczadach czyli KitchenAid. Marzy mi się jeszcze blender i może kiedyś...
Stół z pokoju, pełniący rolę biurka ciachnięty na pół wyemigrował do kuchni pod okno. Półki, które w pokoju stały na nim, teraz są pod nim :-). Trzeba je było ciut dopasować i na pewno można było zrobić to lepiej, ale to prowizorka bo w tym miejscu w przyszłym roku planuję odzyskać okienko , wyciąć kawał ściany i zabudować wnękę półkami przy okazji solidnie ocieplając ścianę.Wcześniej w tym miejscu stał regałek stworzony z półek kuchennych z poprzedniego mieszkania,który odziedziczyła sąsiadka. W jej mieszkaniu idealnie wpasował się we wnękę i wypakowany książkami wygląda naprawdę dobrze.
Obrazki, stary zegar, formy piernikowe
Magnes - prawie misiu :-), raczej więcej nie będę robić filcowanek w foremkach
Jako podsumowanie mojego zamiłowania do rupieci : skrzydełka strychowego okienka wyczyściłam i wykorzystałam jako lusterka. Uważam, ze to wewnętrzne ma śliczne klameczki, aż się nie chce wierzyć, że kiedyś nawet na strychu robili coś takiego
I to tyle na dzisiaj. Następnym razem pokój, w którym też odrobinkę się zmieniło :-), ale to dopiero jak się kopnę w to miejsce poniżej pleców i chwycę za pędzel.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
wtorek, 16 lipca 2013
niedziela, 14 lipca 2013
"bez tytułu, bo jakby był to chyba tylko o braku rozumu ;-)"
Dawno nie pisałam, wcale nie z braku chęci, a raczej kompletnego chaosu, który to chaos sama osobiście stwarzam wokół siebie. Jak już się chwaliłam mam piecyk i miałam też ścianę przed piecykiem, o którą wszyscy się obijali bo przejście pomiędzy było raczej dla osób jakby połówkowej postury. Niektórzy też ( nie ja !!!) postanowili sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się okienko strychowe ukryte za ścianą, przed którą stał stół z półkami robiący za biurko me osobiste, oczywiście zawalony do granic możliwości. Pod stołem też różności się znajdowały. Póki co nie bardzo mnie ciekawość pchała do okienka z braku funduszy i jakoś mniej mi w drogę wchodziło niż ściana, więc mało mnie nie trafiło wiadomo co, kiedy jednego dnia po powrocie do domu zastałam dziurę w owej ścianie wyharataną i kawał drutu sterczący z dziury, który dawał możliwość otwierania okienka , a raczej przytrzymywanie go , żeby z nadmiaru radości, że zostało zlokalizowane nie spadło na podwórko przy okazji waląc kogoś w łeb. Nooo, po prostu wyleciałam z domu jakby mnie stado upiorów goniło. Musiałam jakoś zneutralizować żądzę mordu jaka mnie ogarnęła hihi. Ale co tam,wyjścia już nie było i trzeba było działać. Jestem więc kompletnie zrujnowana, ale nie posiadam już ściany i posiadam okienko. Okienko zostało zaanektowane przez koty, wprawdzie wielkie to ono nie jest, ale na poduchę z kocią osobą wystarcza :-).
Dobry człowiek roboty na kredyt wykonał, niestety materiały musiałam nabywać więc... Teraz powinnam to wszystko odpracować, ale nie ma lekko. O ile na początku prac remontowych byłam pełna zapału to poźniej jakoś mi przeszło. Stare okienko niestety poszło precz, na nowe czekałam trzy tygodnie. W końcu niby wszystko co dobry człowiek miał wykonać, już było zrobione i teraz nastała moja kolej. O, jakie miałam ambitne plany:malowanie, czyszczenie, sprzątanie na wysoki połysk itd. I nic, wstając rano planowałam, że dzisiaj to już na pewno to i tamto.I dalej nic, domki sobie szyłam
innymi pier....mi się zajmowałam, tylko w domu było coraz gorzej. Aż wreszcie powiedziałam sobie dość- już nie mogę na to wszystko patrzeć, nadszedł czas pracy. Zaczynam od kuchni. Pościągałam wszystko ze ścian, pomalowałam deski sufitowe, umyłam wszystko na moim prawie kredensie, a jest tam tego... i w momencie kiedy miałam owijać ów kredens folijką w celu obmalowania( bo innej opcji nie było, instalacja dożywotnia) coś mi tam w głowinie piknęło...i tu właśnie będzie o braku rozumu. Otóż tak mi podpasowało już posiadane okienko, że nabralam chęci na drugie w kuchni właśnie i nie tylko na okienko, ale nawet inne roboty "ścienne". Z przyczyn oczywistych zaplanowałam je na następne lato, więc malowanie akurat kuchni w tym roku mogłam sobie darować. Znowu mi się odechciało, chociaż kuchnię przy tej okazji wypucowałam. Teoretycznie w tym tygodniu maluję większy pokój hm...
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku ;-)
Dobry człowiek roboty na kredyt wykonał, niestety materiały musiałam nabywać więc... Teraz powinnam to wszystko odpracować, ale nie ma lekko. O ile na początku prac remontowych byłam pełna zapału to poźniej jakoś mi przeszło. Stare okienko niestety poszło precz, na nowe czekałam trzy tygodnie. W końcu niby wszystko co dobry człowiek miał wykonać, już było zrobione i teraz nastała moja kolej. O, jakie miałam ambitne plany:malowanie, czyszczenie, sprzątanie na wysoki połysk itd. I nic, wstając rano planowałam, że dzisiaj to już na pewno to i tamto.I dalej nic, domki sobie szyłam
innymi pier....mi się zajmowałam, tylko w domu było coraz gorzej. Aż wreszcie powiedziałam sobie dość- już nie mogę na to wszystko patrzeć, nadszedł czas pracy. Zaczynam od kuchni. Pościągałam wszystko ze ścian, pomalowałam deski sufitowe, umyłam wszystko na moim prawie kredensie, a jest tam tego... i w momencie kiedy miałam owijać ów kredens folijką w celu obmalowania( bo innej opcji nie było, instalacja dożywotnia) coś mi tam w głowinie piknęło...i tu właśnie będzie o braku rozumu. Otóż tak mi podpasowało już posiadane okienko, że nabralam chęci na drugie w kuchni właśnie i nie tylko na okienko, ale nawet inne roboty "ścienne". Z przyczyn oczywistych zaplanowałam je na następne lato, więc malowanie akurat kuchni w tym roku mogłam sobie darować. Znowu mi się odechciało, chociaż kuchnię przy tej okazji wypucowałam. Teoretycznie w tym tygodniu maluję większy pokój hm...
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku ;-)
Etykiety:
stryszek; na stryszku zrobione,
szmatkowe robótki
czwartek, 9 maja 2013
"hurra mam piec..."
Dzisiaj tylko kilka słów, ale muszę się pochwalić :-)). Mam piecyk na drewno - ostatnia zima zakończyła się koszmarnym rachunkiem za prąd. Na dodatek wcale nie było ciepło. Od jakiegoś czasu planowałam inwestycję w piecyk ale ....koszty mocno mnie przerastały. Mimo wszystko podjęłam tzw męską decyzję i dzisiaj ekipa kominiarska postawiła komin do piecyka i komin wentylacyjny. Jeszcze sporo robót mnie czeka min wyburzenie ściany , odzyskanie okienka strychowego itd, ale największa inwestycja gotowa :-)). Jak tylko dosprzątam będą zdjęcia .
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
Dwie fotki :-), ściany z drzwiami przed piecykiem nie będzie, ale jeszcze chwilkę to potrwa . Mam na to całe lato, chociaż nie ukrywam, że rączki świerzbią. Powstrzymuje mnie tylko wizja rozwalonej, niewykończonej ściany. Trzeba wymyślić zabezpieczenie za piecykiem i na kawałku sufitu, ale dość gadania... oto mój aktualny domowy obiekt kultu
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
Dwie fotki :-), ściany z drzwiami przed piecykiem nie będzie, ale jeszcze chwilkę to potrwa . Mam na to całe lato, chociaż nie ukrywam, że rączki świerzbią. Powstrzymuje mnie tylko wizja rozwalonej, niewykończonej ściany. Trzeba wymyślić zabezpieczenie za piecykiem i na kawałku sufitu, ale dość gadania... oto mój aktualny domowy obiekt kultu
czwartek, 25 kwietnia 2013
"sobotni rajd"
Na rajd po fortach dałam się namówić ledwo,ledwo :-(. Zimą nieco mi przybyło tu i tam i miałam wątpliwości czy nie padnę gdzieś po drodze. Zadyszka to moja codzienna towarzyszka ostatnio. Ale poszłam i nawet doszłam do celu, którym był Fort Łętownia :-).
Wyruszyliśmy o poranku z Żurawicy, czyli z Fortu Werner, potem Duńkowiczki, Bruner i ogólnorajdowe spotkanie w Łętowni zakończone masowym (hi hi) pieczeniem kiełbasek na ognisku. Nie będę się rozpisywać o fortach, w internecie jest pełno informacji jak ktoś jest zainteresowany. Zdjęcia pstrykałam jak popadnie, pokazują głównie dziury w ziemi, albo wejścia do tychże dziur. W jednym z korytarzy zobaczyłam "gwiazdy", widzenie owo zakończyło się pokaźnym guzem niestety. Poza tym "nasi tu byli" sądząc po ilości śmieci jakie się wszędzie walały, ech... Ale rajd był fajny, w lesie wreszcie widać koniec zimy, a ja muszę popracować nad sobą.
jak widać trochę nas było :-), a ten pień bardzo mi się spodobał. Wystawał nad ruiną w dole jak jakaś przedpotopowa istota.
I na koniec - hurra skończyłam drugi kocyk, a nawet na fali wyrabiania resztek zrobiłam na drutach czapkę i szalik. Nigdy nie wiadomo kiedy zima nas znowu zaskoczy ;-).
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
Wyruszyliśmy o poranku z Żurawicy, czyli z Fortu Werner, potem Duńkowiczki, Bruner i ogólnorajdowe spotkanie w Łętowni zakończone masowym (hi hi) pieczeniem kiełbasek na ognisku. Nie będę się rozpisywać o fortach, w internecie jest pełno informacji jak ktoś jest zainteresowany. Zdjęcia pstrykałam jak popadnie, pokazują głównie dziury w ziemi, albo wejścia do tychże dziur. W jednym z korytarzy zobaczyłam "gwiazdy", widzenie owo zakończyło się pokaźnym guzem niestety. Poza tym "nasi tu byli" sądząc po ilości śmieci jakie się wszędzie walały, ech... Ale rajd był fajny, w lesie wreszcie widać koniec zimy, a ja muszę popracować nad sobą.
jak widać trochę nas było :-), a ten pień bardzo mi się spodobał. Wystawał nad ruiną w dole jak jakaś przedpotopowa istota.
I na koniec - hurra skończyłam drugi kocyk, a nawet na fali wyrabiania resztek zrobiłam na drutach czapkę i szalik. Nigdy nie wiadomo kiedy zima nas znowu zaskoczy ;-).
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
sobota, 6 kwietnia 2013
"świateczny zajączek i szydełkowe coś"
Święta były delikatnie mówiąc "ciekawe", ale dzieci przyjechały , Piotruś dokazywał i tym się cieszę, a reszta.... pies trącał resztę ;-)).
Gacuś w charakterze "świątecznego zajączka"
W poniedziałek dzieci pojechały a ja byłam jakaś taka nie bardzo. Najpierw stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby nie siedzieć z ogłupiałą miną przed telewizorem, któren to telewizor żadnych ciekawych rzeczy nie przekazywał. Wyciągnęłam pudło z włóczką (niestety li i jedynie acrylową), którą kiedyś tam przed wiekami dostałam od babci. Wyprałam, wymotałam już jakiś czas temu i tak sobie leżała bez pomysłu na robótkę. Kolorki takie bardziej bijące po oczach. Babcia robiła z rzeczonego acrylu "amerykanskie" w stylu pledy i tak sobie pomyślałam - kocyk zawsze się przyda. No i zrobiłam hi hi. Cztery dni na tylnej części ciała i trzy kolorki z głowy. Nie bardzo jestem dumna z "dzieła" rak moich jako takiego, natomiast z tępa pracy i owszem, szczególnie biorąc pod uwagę, że za bardzo pracowita ostatnio nie jestem. Kocyk najłatwiejszy na świecie. Wystarczy umiejętność robienia półsłupków i każdy może wykonać sobie kocyk z resztek włóczki wszelakiej :-)).
Pozdrowienia ze stryszku :-)).
Gacuś w charakterze "świątecznego zajączka"
W poniedziałek dzieci pojechały a ja byłam jakaś taka nie bardzo. Najpierw stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby nie siedzieć z ogłupiałą miną przed telewizorem, któren to telewizor żadnych ciekawych rzeczy nie przekazywał. Wyciągnęłam pudło z włóczką (niestety li i jedynie acrylową), którą kiedyś tam przed wiekami dostałam od babci. Wyprałam, wymotałam już jakiś czas temu i tak sobie leżała bez pomysłu na robótkę. Kolorki takie bardziej bijące po oczach. Babcia robiła z rzeczonego acrylu "amerykanskie" w stylu pledy i tak sobie pomyślałam - kocyk zawsze się przyda. No i zrobiłam hi hi. Cztery dni na tylnej części ciała i trzy kolorki z głowy. Nie bardzo jestem dumna z "dzieła" rak moich jako takiego, natomiast z tępa pracy i owszem, szczególnie biorąc pod uwagę, że za bardzo pracowita ostatnio nie jestem. Kocyk najłatwiejszy na świecie. Wystarczy umiejętność robienia półsłupków i każdy może wykonać sobie kocyk z resztek włóczki wszelakiej :-)).
Pozdrowienia ze stryszku :-)).
środa, 20 marca 2013
"podobno wiosna już za progiem..."
Na stryszku przez ostatnie kilka dni nie tylko nie było widać żadnych oznak wiosny, ale po raz pierwszy czułam się tu, jak w przysłowiowym "rodzinnym grobowcu". Metr śniegu na dachu i oto w domu ciemności całkowite. Jeszcze nigdy tyle śniegu na dachu nie leżało i muszę przyznać, że było to dosyć przygnębiające. Ale udało się ruszyć dwa okna i oto wreszcie słońce zajrzało do mojej graciarni. Nie jest łatwo wracać po długiej nieobecności. Tyle razy zaczynałam pisać, w końcu jednak wszystko kasowałam. Obiecałam sobie nie jęczeć, co niestety okazało się niewykonalne ;-). Generalnie bardzo zaniedbałam życie blogowe w każdej postaci. Przez te kilka miesięcy dużo się działo. Trochę smutków, ciut radości i sporo podnoszących ciśnienie wydarzeń w kamienicy :-). Od listopada mamy Wspólnotę i nawet odbyło się już pierwsze zebranie, na którym układaliśmy plan gospodarczy na ten rok. Czy uda się nam cokolwiek zrobić i poprawić jakość życia w kamienicy czas pokaże. A teraz żeby nie było, że tak już zupełnie nic nie robiłam na początek "energetyczna" czyli w moim przypadku oczywiście czerwona poduszka :
całkowicie dowolnie uszyta i przepikowana z niezbyt pięknych skrawków, wyszła całkiem fajnie i muszę przyznać, że takie pikowanie to doskonały sposób na oderwanie się od problemów.
Przygotowałam też sobie spory zapas pasków na szmatkowe koszyki. Żadnym gotowym nie mogę się pochwalić, ale może z wiosną wróci mi zapał do robótek.
jak widać całkiem sporo kawałków pocięłam :-)). I wreszcie efekty porządków w pudle z koralikami. Od dawna już nic nie robiłam, pomysły mi się wyczerpały, ale pewnego popołudnia powyciągałam co tam mi jeszcze zostało z zapasów i zabrałam się do pracy. Nic wspaniałego, ale myślę, że do letnich rzeczy ...
kilka z bliska:
i na dzisiaj to tyle :-).
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, listy i zapraszam.
całkowicie dowolnie uszyta i przepikowana z niezbyt pięknych skrawków, wyszła całkiem fajnie i muszę przyznać, że takie pikowanie to doskonały sposób na oderwanie się od problemów.
Przygotowałam też sobie spory zapas pasków na szmatkowe koszyki. Żadnym gotowym nie mogę się pochwalić, ale może z wiosną wróci mi zapał do robótek.
jak widać całkiem sporo kawałków pocięłam :-)). I wreszcie efekty porządków w pudle z koralikami. Od dawna już nic nie robiłam, pomysły mi się wyczerpały, ale pewnego popołudnia powyciągałam co tam mi jeszcze zostało z zapasów i zabrałam się do pracy. Nic wspaniałego, ale myślę, że do letnich rzeczy ...
kilka z bliska:
i na dzisiaj to tyle :-).
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, listy i zapraszam.
poniedziałek, 16 lipca 2012
"teraz ja" - czyli robię coś dla siebie
Trudno się uczę w kwestii "Marysia to frajerka", ale ostatnio zaliczyłam tyle kopniaków, że nawet ja spasowałam. Pewnie jak sobie to wszystko poukładam w glowie wyględzę jakiś post. A na razie na drodze zmian w moim stosunku do otoczenia postanowilam od czasu do czasu zrobić coś tylko dla siebie i spełnić jakąś zachciankę. Od niepamiętnych czasów chciałam zobaczyć kilka miejsc i jakoś nigdy nic z tego nie wyszło. Na dobry początek - wycieczka do Pragi. Trzy miesiące jako kobieta sprzątająca i proszę oto ja :-) w Pradze.
kilka "widokówek", nic odkrywczego, wszystkie piękne zdjęcia Pragi niestety zrobił już ktoś wcześniej :-).
i kilka urokliwych zakątków
Zdjęć mam dużo, jakość głównie pamiątkowa ;-), ale co mi tam. Wycieczka była z gatunku "zwiedzamy galopkiem" i zdjęcia też robione w podobnym tempie. Wyjechaliśmy z Przemyśla w środę o 22. Od 10 rano prosto z autobusu ruszyliśmy zwiedzać. Około 15 krótki postój w hotelu, coby się doprowadzić do porządku i z powrotem do miasta. To był naprawdę meczący dzień. Po kolacji jeszcze trochę zwiedzania, wieczorem przedstawienie z podświetlanymi fontannami w tle i powrót do hotelu. Przynajmniej taki był zamiar, ale jak można iść spać w Pradze nie wstąpiwszy wcześniej na piwo? W rezultacie spać poszłam około 1 w nocy, albo nad ranem jak kto woli. Drugi dzień równie intensywny, zakończony rejsem po Wełtawie i oczywiście kolejna wizyta w knajpce :-). Rano po śniadaniu wyjazd. Po drodze wstąpiliśmy do Kutnej Hory i Sedlec. Kolacja już po naszej stronie i w domu byłam w środku nocy zmęczona niemiłosiernie, ale naładowana po czubek głowy pozytywną energią, której mam nadzieję wystarczy mi na jakiś czas.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
kilka "widokówek", nic odkrywczego, wszystkie piękne zdjęcia Pragi niestety zrobił już ktoś wcześniej :-).
i kilka urokliwych zakątków
Zdjęć mam dużo, jakość głównie pamiątkowa ;-), ale co mi tam. Wycieczka była z gatunku "zwiedzamy galopkiem" i zdjęcia też robione w podobnym tempie. Wyjechaliśmy z Przemyśla w środę o 22. Od 10 rano prosto z autobusu ruszyliśmy zwiedzać. Około 15 krótki postój w hotelu, coby się doprowadzić do porządku i z powrotem do miasta. To był naprawdę meczący dzień. Po kolacji jeszcze trochę zwiedzania, wieczorem przedstawienie z podświetlanymi fontannami w tle i powrót do hotelu. Przynajmniej taki był zamiar, ale jak można iść spać w Pradze nie wstąpiwszy wcześniej na piwo? W rezultacie spać poszłam około 1 w nocy, albo nad ranem jak kto woli. Drugi dzień równie intensywny, zakończony rejsem po Wełtawie i oczywiście kolejna wizyta w knajpce :-). Rano po śniadaniu wyjazd. Po drodze wstąpiliśmy do Kutnej Hory i Sedlec. Kolacja już po naszej stronie i w domu byłam w środku nocy zmęczona niemiłosiernie, ale naładowana po czubek głowy pozytywną energią, której mam nadzieję wystarczy mi na jakiś czas.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)