Jakoś wszystko do czego usiłuję się zabrać pada , bo coś nagle się dzieje. Podwórko wygląda jak wyglądało, a ja siedzę w Łodzi. Nie miałam zamiaru pisać tego co napiszę, ale po prostu wylewa się ze mnie bezsilność i nie ukrywam trochę wściekłości i żalu do losu też.
Dawno temu były sobie dwie dziewczynki, które miały to nieszczęście, że rodzice się rozwiedli i jak to najczęściej bywa dziewczynki zostały z matką. Niestety owa matka postanowiła zostać alkoholiczką. Nie pamiętam za bardzo czasów kiedy nie piła, za to bardzo dokładnie to co było później. Nie będę się rozpisywać na ten temat, powiem tylko, że od czasu jak byłam z harcerzami ze świątecznymi prezentami w Domu Dziecka , marzyłam, żeby tam trafić. Marzenie się nie spełniło, natomiast spotkałam na swojej drodze różnych "niemiłych" ludzi. 40 lat temu nie mówiło się o wielu rzeczach, które przytrafiały się dzieciom. Ten wstęp był mi potrzebny do opisania zdarzeń teraźniejszych. Od czasu jak dorosłam ograniczałam kontakty z matką do minimum. I miałam nadzieję , że ten stan rzeczy utrzyma się nadal. Niestety..............14 kwietnia jeden telefon zmienił wszystko.
Sąsiadka zadzwoniła, że od dwóch dni matka jest w szpitalu. Pogotowie zabrało ją z ulicy. Nie dzwoniła wcześniej , bo zdarzenie nie było jakieś wyjątkowe, ale tym razem za długo to trwało, a na dodatek w domu był pies. Zanim udało się nam zlokalizować szpital i przyjechać (z Przemyśla do Łodzi trochę daleko)była niedziela. Pani doktor stwierdziła, że jest stan zagrożenia życia i szanse są niewielkie. Patrzyłam na zniszczoną kobietę w łóżku i jedyne co czułam to niezrozumienie, jak sobie można na własne życzenie tak zmarnować życie. I nie tylko sobie, bo od takiego dzieciństwa trudno oderwać się do końca. W każdym razie po kilku dniach musiałyśmy z siostrą wracać do swoich domów. W szpitalu stan był bez zmian, przynajmniej tak słyszałyśmy przez telefon. Nagle podczas czwartkowej( w zeszłym tygodniu) rozmowy dowiedziałam się, ze stan się na tyle poprawił, że przygotowują ją do wypisu prosto z R-ki, że nawet nie ma potrzeby leczenia na oddziale wewnętrznym. Z lekka się zdziwiłam, ale pani doktor kazała mi się stawić w poniedziałek w szpitalu. Na moje pytanie czy będzie obecna, bo to wszak dzień miedzy wolnymi dniami , usłyszałam, że oczywiście bo to przecież normalny dzień pracy. No więc przyjechałam i pierwsza niespodzianka - pani doktor wzięła sobie urlop. Idę na oddział i jakoś nie widzę objawów super ozdrowienia. Łaskawie spotkała się ze mną pani Ordynator i powiedziała, że wszytko jest już w porządku, we czwartek jest wypis i mam matkę odebrać. Na moje pytanie co mam dalej robić ? bo jakby nie mieszkam w Łodzi, a okazało się , że nie może już mieszkać sama usłyszałam, że to nie ich sprawa. Byłam totalnie załamana, tym bardziej, że po oględzinach papierów w domu okazało sie , że ulubioną rozrywką matki w ostatnich czasach było bywanie na różnych prezentacjach i nabywanie koszmarnie drogich rzeczy na raty. Nie rozumiem dlaczego nikt nie może tego opanować i jak to możliwe, że dostała kredyty na sumę przekraczającą miesięczna emeryturę??????????????????? Wracałam z tego szpitala i ryczałam z bezsilności . Wróciłam do jej mieszkania kompletnie rozbita. Wtorek był wolny, więc po krótkiej wizycie w szpitalu siedziałam w domu i najpierw ryczałam, ale jak już się uspokoiłam zaczęłam układać te wszystkie papiery i kombinować.Powstał plan działania . Czasem człowiek nie ma wyjścia i musi grac takimi kartami, jakie ma, bez względu na to czy ma chęć to robić.W środę rano pognałam do szpitala i na szczęście pani Ordynator orzekła, że matka może podpisac pełnomocnictwo. Potem nabiegałam się szukając notariusza, który zgodzi się bez czekania napisać dokument i jeszcze przyjechać z nim do szpitala. Tu miałam szczęście, trafiłam na kobietę , która zrozumiała sytuację. W czwartek karetka przywiozła matkę do domu. Stan dobry według szpitala : jedyne co może zrobić to zgiąć nogi w kolanach i utrzymać butelkę z piciem w ręku, ma odleżyny, cały czas miała podłączony cewnik, natomiast nikt nie zadbał, żeby się wypróżniła, . Jak na razie okropny ból i nawet lewatywa nie pomogła. Nigdy nie opiekowałam się osobą w takim stanie, więc nie umiem, poza tym w domu nie ma warunków. Ciekawa jestem na czym polegała rehabilitacja w szpitalu, bo takowa jest zapisana na wypisie. Dowiedziałam się już troche o możliwościach opieki nad takimi osobami, ale na razie dopóki nie opanujemy sytuacji finansowej nic nie wchodzi w grę. Po prostu ciąg dalszy koszmaru z dzieciństwa. Ale chociaż miewam ataki paniki i zwątpienia działam i o tym co mi się udało zrobić w następnym poście. Zastanawiam się tylko kiedy ten ciąg koszmarów, jakie mnie spotykają się skończy.
Pozdrowienia od bardzo smutnej mieszkanki stryszku :-((
niedziela, 8 maja 2011
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
"głupia jestem, ale to nic nowego jakby, więc co mi tam "
Prawie odechciało mi się jakiejkolwiek działalności sprzątająco-ogrodniczej. Jako, że zima jeszcze była drzwi zostały zawarte na głucho, a ja czym prędzej oddaliłam się na stryszek. No, ale w końcu wiosna nadeszla i sumienie mnie ruszyło. Dzisiaj był wielki dzień inauguracji robót porządkowych. Od razu mówię , że wyrzucanie wszystkiego nie było moim dziełem. Jutro mam zamiar walczyć z mniszkiem i może umyć coś z rzeczy, które zamierzam wykorzystać , czyli stare wiadra i czajniki hi hi. Większość mieszkańców orzekła, że jestem nienormalna , bo nikt tu nic takiego nie robił ( co widać jak na dłoni niestety). Ale mam nadzieję , że jak już zacznę to może jakaś litościwa dusza się przyłączy :-) i, że mieszkająca na parterze rodzina zdoła powstrzymać się od dewastacji. Na części podwórka jest całkiem przyzwoita trawa, niestety pozostała część została dodatkowo zdewastowana przy przebudowie strychu. Trawy tam nie uświadczysz, za to mniszek występuje w ilościach zatrważających. Lubię go na łące, ale tutaj raczej wolę go nie oglądać. Ogrodnik ze mnie żaden, ale może uda mi się coś zmienić nie tylko na podwórku :-)), ale i w ludzkim podejściu. Ciągle jestem naiwna, ale co mi tam.
niewątpliwie stuknięta mieszkanka stryszku.
wtorek, 15 lutego 2011
"Gacuś :-)) "
Zimno jest, nawet bardzo, ale biorąc pod uwagę jaki mamy miesiąc, to nic dziwnego. Na szczęście słonko świeci i nagrzewa stryszek. To co latem sprawiało, że upał był ogromny, czyli okna dachowe, zimą jest cudownym wynalazkiem. Mamy ciepło bez grzania. Wprawdzie tylko kilka godzin w ciągu dnia, ale to zawsze coś. Ciągle sobie obiecuję , że popstrykam zdjęcia stryszkowe, bo to już rok minął i co mogłam upchnąć w mieszkaniu - upchnęłam. Większych zmian raczej już nie przewiduję :-). Ewentualnie jak się uda to kupię piec, ale to na razie w sferze "marzeń". W każdym razie dzisiaj kilka zdjęć wylegującego się Gacusia. Jak minie mi napad pracowitości i pozbieram wszędobylskie kawałki materiału to będzie więcej stryszku :-)).
Serdecznie pozdrawiam :-))
sobota, 22 stycznia 2011
"schab upieczony w garnku rzymskim"
Dawno, dawno temu garnek był jednorazowy, czyli po prostu mięsko wszelakie oblepiano gliną i pieczono w ognisku. Jak kto miał zacięcie to nawet wymyślnie oblepiał ;-). Jaki by jednak piękny nie był, żeby zjeść to co się upiekło skorupę trzeba było rozbić. Nie wiem kiedy powstała dzisiejsza wersja, ale pewnie ma coś wspólnego z jakimś wytwórcą doniczek. Garnki istnieją w wielu rozmiarach i zazwyczaj mają kształt klasycznej brytfanki. Ale widziałam i okrągłe i kwadratowe, wszak glina materiałem plastycznym jest i ulepić można z niej co kto sobie wymarzy. Przed pieczeniem garnek trzeba włożyć do wody na jakieś 30 min. Wstawia się go do zimnego piekarnika i w elektrycznym nastawia temperaturę na 200 stopni, a w gazowym na 220. Czas pieczenia to mniej więcej godzina na kilogram mięsa + czas potrzebny na nagrzanie piekarnika (każdy wie jak mu się piekarnik nagrzewa, więc indywidualnie dodajemy). Jedyną wada naczynia jest to, że po jakimś czasie wygląda mało atrakcyjnie, co widać na obrazku powyżej :-(. Natomiast podstawowa zaleta jest taka, że piecze się bez dodatku tłuszczu, a większość tego, który jest w mięsie się wytapia. Ja głównie jadam drób i to też w niewielkich ilościach, ale czasem mam napad na coś innego, jak np. karkówka, która na zimno jest pyszna .
Dzisiejszy schab owinęłam w boczek, bo jak wiadomo jest to chude mięso i raczej niewiele by z niego zostało i jeżeli ktoś nie lubi suszonego mięsa to raczej nie będzie zachwycony smakiem :-).
A więc zaczynamy:
dół garnka wykładam plastrami cienko pokrojonego surowego boczku , posypuje lekko solą, pieprzem i tymiankiem
W każdym razie jakby ktoś chciał sobie taki schabik upiec to życzę - Smacznego!
Pozdrowienia ze stryszku :-))
piątek, 21 stycznia 2011
"mój pierwszy - Dzień babci ;-))"
Babcia ze mnie to taka bardzo na odległość niestety :-((, ale za to Piotruś rośnie i ma się dobrze. W lutym będzie miał pół roku. Dzisiaj posłuchałam przez telefon zachwyconych "amów" przy jedzeniu zupki :-). Zupka jest dobra i sadząc po odgłosach baaaaaaardzo lubimy obiadek. Obejrzałam sobie dzisiaj zdjęcia i aż się wierzyć nie chce, jak bardzo urósł.Pozdrowienia ze stryszku :-)) (babciowe oczywiście)
wtorek, 11 stycznia 2011
"ciut więcej miejsca na szpargały wszelakie, czyli szafa na korytarzu"
Mam szafę na korytarzu !!!!!!!!!!!!!
wszystkie osoby zagladające na mój stryszek, niejeden raz słyszały narzekania na brak miejsca. No więc zdobyłam się na wysiłek finansowy i mam dodatkową szafę na korytarzu. wymiary ma takie sobie, niemniej jednak myślę , że pomieszczę trochę szpargałów zawalających mieszkanie. Po negocjacjach z sasiadami, zabudowaliśmy malutką wnękę miedzy naszymi drzwiami. Wymiary szafy to: wys. 350 cm, z tego 10 cm na regulowane nóżki, szer. 129 cm, z tego- 91 cm na gł 34 cm: 32 cm na gł. 13,5 cm. Rodzaj okleiny taki jak wszystkie drzwi do mieszkań, więc nie zaburza ogólnego wyglądu. Szafa zamontowana dzisiaj , więc jeszcze planuję co gdzie umieszczę :-)). składa się z trzech modułów zamykanych na klucz (jednak to korytarz, więc lepiej zabezpieczyć).
niedziela, 9 stycznia 2011
"niedzielne sniadanie - pycha :-)"
Jestem pewnie jedną z niewielu osób, które dopiero odkryły przyjemność jedzenia avocado. Owoc i owszem widywałam, ale jakoś tak co wzięłam to odłożyłam. Jednak po zachwytach koleżanki Moniki , jaka to pyszna jest pasta z avocado i jajka postanowiłam spróbować. Od tego pierwszego razu próbowałam już różne wersje. Z jajkiem nie bardzo, ale to może dlatego, że nie przepadam ogólnie za pastą jajeczną. Upiekłam niby ptysie z ciasta francuskiego i napchałam pastą z łososiem. Dobre było i następnym razem zrobię z ciastem ptysiowym :-). Ale najbardziej mi smakuje wersja dzisiejsza czyli:
1 średniej wielkości avocado
kawałek pokrojonej w cieniutkie krążki lekko zielonkawej części pora
dwa plasterki wędzonego łososia
połowa opakowania serka Filadelfia
trochę świeżego koperku
sok wyciśnięty z ćwiartki cytryny
pieprz i sól jak kto lubi
mieszamy wszystko i pasta gotowa
do tego grzanki z pełnoziarnistego chleba tostowego, sałata lodowa i papryka do przegryzki
NAPRAWDĘ PYSZNE :-)
Na zdjęciu poniżej Jaśnie Pan Kot patrzy z wyrzutem, bo zamiast odkręcić wodę (pijemy tylko z kranu), jakieś zdjęcia kanapki robię
Zapowiada się piękny dzień, mam nadzieję , że nie tylko w naszym regionie.
Pozdrowienia ze stryszku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)