

W czwartek opuścił mieszkanie ostatni, że tak powiem wykonawca i praktycznie niewiele już zostało do zrobienia. Na razie powoli wypakowuję pudła z rzeczami :-)), a jutro mam zamiar uszyć poduszki i firanko-zasłonki. Nie pokazywałam wcześniej tych powalających urodą miejsca zdjęć coby nie zapeszyć. Nie ukrywam, że miewałam chwile zwątpienia, czy kiedykolwiek uda się nie tylko skończyć remont, ale też rezultat będzie zadowalający. Te marne 25 m powierzchni napsuło mi krwi i niejeden raz podniosło ciśnienie. Niestety nie zrobiłam zdjęć obiektu przed demolką, ale jakby lepiej nie wyglądał, więc strata niewielka. Ciągle za czymś biegałam i jak mnie w końcu dopadło przypomnienie panowie już się nieco rozszaleli. Etap rozbiórkowy poszedł najsprawniej, później już bywało różnie i nie wszystkie przyczyny opóźnienia były obiektywne. No, ale wreszcie finał i nie ma się co oglądać. Oczywiście są różne niedoróbki, których nie widać na pierwszy rzut oka, niemniej ja o nich wiem i ciśnienie nadal mi skacze biorąc pod uwagę koszt tego "niewielkiego remonciku", którego wymagało mieszkanie według byłego właściciela. Tak naprawdę było okropne i jedyną jego zaletą było położenie. Zadatkowałam mieszkanie w momencie kiedy wyglądało, że będę musiała non stop zajmować się matką. Jak już pisałam przywiozłam ja z Łodzi w stanie całkowicie leżącym i nikt nie dawał wielkiej szansy na poprawę, ale po dwóch kolejnych pobytach w szpitalu przemyskim, pilnowaniu diety, leków i ćwiczeniach matka samodzielnie chodzi i może zadbać o siebie w podstawowym zakresie. Tak więc dostała następna szansę od losu a co z nią zrobi to już będzie jej wybór. W tej chwili jest na oddziale rehabilitacyjnym, więc wróci do nowego mieszkania na własnych nogach i na tyle zdrowa na ile może być osoba prowadząca taki tryb życia.

Mieszkanie to jedno pomieszczenie, które zostało podzielone ścianą działową. Jak to wyglądało widać , więc nie będę się rozpisywać. W każdym razie po owym podziale ktoś tam jakiś czas mieszkał, ale na pomalowanie kuchni już mu nie starczyło inwencji. Wyczerpał się całkiem tworząc łazienkę, która była prawdziwie kuriozalna.


ten otwór przy suficie miał być wentylacyjny, ale przy bliższych oględzinach okazało się , że to po prostu dziura w murze, w którą wstawiono kolanko hydrauliczne i zamontowano wiatraczek !!!- taki wynalazek

ściana dzieląca kuchnie od łazienki, dodam , że do owej jakby kuchni wchodziło się bezpośrednio z korytarza. Dobrze chociaż, że od klatki schodowej mieszkania oddzielone są jeszcze dodatkowym korytarzykiem z drzwiami.

początek działań





a to przecudnej urody parkiet, który moja znajoma kazała mi ratować za wszelką cenę, no parkiet był pierwszą z szeregu "niespodzianek"

mianowicie pod spodem, miedzy innymi dzięki rewelacyjnie odprowadzonym rurom z łazienki był tak zasilany wodą , że wyhodował się tam wielkiej urody grzyb, powodując próchnienie odeskowania i niestety części legarów.


Mam nadzieję, że jesteście ciekawi jak to "urocze" miejsce wygląda teraz :-)). Chyba całkiem nieźle, ale mówiąc szczerze gdybym wiedziała co mnie czeka nie dotknęłabym tego mieszkania nawet kijem hi hi.
Pozdrowienia ze stryszku.