środa, 17 lutego 2016

"finisz szpitalnej robótki "

Prawie finisz szczerze mówiąc; -). Została mi robota głupiego czyli nitki z tyłu. Łączyłam kwadraty półsłupkami i średnio mi się to podoba. Ale i tak jestem zachwycona bo to moje pierwsze prawdziwe granny square. I nabrałam ochoty na więcej. Zdjęcia niestety z telefonu

I znalazłam niedobitki muliny, z których zrobiłam kilkanaście kwadratów. Będzie z tego letni szal, przynajmniej teraz taki jest plan. Końce kolorowe reszta biała.  Na razie więcej nie zrobię bo znowu hihi skończyły mi się nici. Tym razem się nie przejęłam, powinno mnie to zmobilizować do wciągania nitek. Próbuję innego sposobu łączenia kwadratów i mam nadzieję, że ćwiczenie czyni mistrza ;-).

Serdeczne pozdrowienia z Wrocławia.  

sobota, 30 stycznia 2016

"dzięki niezłemu wiatrowi - tak mnie naszło ;-)"

Idąc w kierunku miasta mijam rosnące na skarpie brzozy i jakieś krzaki. Przy wietrznej pogodzie można sobie nazbierać gałązek i innych śmieci z rodzaju "fajne jest, na pewno mi się przyda". Posiadam ulubiony płaszczyk, z urody przypominający fartuch woźnej z moich szkolnych czasów, ale ciepły, lekki i pierny. Zawartość kieszeni owego dzieła sztuki odzieżowej bywa nieco dziwna jak na osobę w wieku średnim zaawansowanym. Jakieś kamyczki, patyki, kawałki mchu i tym podobne skarby. Nazbierałam sobie ostatnio takich właśnie dóbr natury, umyłam w kabinie i z niejakim trudem, bo suche i raczej nie bardzo współpracujące przy zwijaniu zrobiłam coś w rodzaju wianka przedwiosennego. Wykorzystałam posiadane domki i kwiatki i oto jest - pierwszy w tym roku wianek :-))

Tak mnie naszło, że zamiast pakować siebie i Piotrka siedziałam w fotelu i z dużą przyjemnością oddałam się rozrywce :-). Wianek kruchy i na chybcika, ale jak na zainspirowany zebranymi na ulicy śmieciami całkiem udany.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.

piątek, 29 stycznia 2016

"zimowe śpiochy i zwykłe radości i smutki"

Trochę już trwa rok 2016, a ja ciągle nie mogę się zorganizować. Po powrocie z kliniki, odwiedziła mnie przyjaciółka jeszcze z lat dziecinnych ;-). Znamy się  pięćdziesiąt lat i chociaż widujemy niezbyt często to przy każdym spotkaniu okazuje się , że czas i odległość nie mają znaczenia. Kasia wyjechała w piątek, a w niedzielę przyjechał Piotruś na ferie. Ferie się kończą Piotruś wraca do domu, a ja na kilka tygodni jadę do Wrocławia. Życie ciągle szykuje niespodzianki i tym razem taka niezbyt dobra - mój tato miał zawał. Na szczęście wyszedł już ze szpitala , ale do końca leczenia daleko Mam nadzieję , że wrócę do domu pod koniec lutego. Po radioterapii czuję się średnio, na szczęście bez sensacji . Boli co miało boleć i jestem stale zmęczona, ale ogólnie ok. Kontrolne badania w Gliwicach 5 kwietnia. Staram się za bardzo o tym nie rozmyślać. Szpitalna robótka pojedzie do Wrocławia bo w domu nie miałam czasu i nic nie zrobiłam. Udało mi się tylko dokończyć zaczęty przed kliniką kocyk i znalazł już właściciela ;-). Jest kolorowy i pewnie dlatego spodobał się Piotrusiowi. Piotruś pomagał też w pruciu swetrów, więc materiał na nowe kocyki przygotowany.
A teraz kilka fotek zimowych śpiochów ;-))
" leniuszkowanie" z książką ;-)
a tu "padłem", kocyk w rzeczywistości ma lepsze kolory, ale niestety na zdjęciu tego nie widać
Norka "stołowa" i chłopaki w sypialni ;-)
i jeszcze pozostałość świątecznej dekoracji czyli wieszadło świątecznie- serduszkowe
 sąsiadka niosła wieszak do spalenia i udało się uratować kawałek, reszta była niestety całkowicie zżarta. Tylko wyszorowany i nawoskowany, trzeba będzie nad nim popracować, ale prezentuje się całkiem fajnie dla wielbicieli rupieci :-).
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku

niedziela, 27 grudnia 2015

,,moje szpitalne dokonania robótkowe ,,


Mam nadzieje ze coś widać bo fotki wieczorne i telefoniczne. Zrobiłam jeszcze trochę kolorowych srodeczkow, niestety skończyły mi się białe nici. Ale już wysłane. Jeżeli nie przepadną gdzieś w szpitalnych kazamatach będę  miała znowu coś do roboty. Jestem zadowolona bo to moje pierwsze kwadraty i wyglądają całkiem dobrze. Serdeczne pozdrowienia.

sobota, 19 grudnia 2015

,, Cyberknife czyli Hannibal Lecter w drodze na Marsa ,

Wreszcie w klinice. Jestem napromieniana metodą potocznie zwaną ,,nóż cybernetyczny,, aczkolwiek z nożem nie ma ona nic wspólnego. Leżę sobie z maską na twarzy a właściwie całą głową mocno unieruchomioną a robot nade mną porusza się w różne strony wydając  przy tym potępieńcze dźwięki.  Wygląda to dość kosmicznie. Cała rozrywka trwa około 90 min. Spędzam je nieruchomo czując się  jak Hannibal Lecter bo z maski wystaje mi jedynie nos. I jestem okropnie przerażona bo rdzeń tuż tuż, a to jednak fotony a nie protony. Doktor twierdzi że napromienianie rdzenia zostało zminimalizowanie ale... Dwie frakcje za mną jeszcze cztery przede mną. Jak wszystko się uda powinnam 31 grudnia wyjść ze szpitala. Czy zadziałało okaże się za mniej wiecej trzy miesiące. Mam dużo czasu więc dziergam kwadraty. Wyciągnęłam z pudła muliny i koronek pozostałe z czasów kiedy coś tam haftowalam. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Serdeczne pozdrowienia tym razem ze szpitalnego łóżka.

niedziela, 22 listopada 2015

"wielki kwadrat nr 2 gotowy :-)) "

Opętanie "wielkim kwadratem" trwa nadal.
Drugi pled/kocyk jest nieco mniejszy od tego pierwszego (choć w zupełności wystarcza, żeby się nim owinąć) i jak widać ciemniejszy. Zrobiłam też dwa wierzchy do poduszek w kolorze czerwonym, ale jeszcze nie uszyłam. Szczerze mówiąc mogę się skupić tylko na szydełku. Więc, więc zaczęłam kolejny, tym razem  zainspirowany kolorowym światem firmy Rice. I to na razie tyle, c.d.n. ;-).
Oto nr 2


Bardzo jestem z siebie dumna. Przetworzyłam okropna bezsilność, stres i frustracje w coś pożytecznego.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.


środa, 18 listopada 2015

"Klinika Onkologii, Radioterapii i Chemioterapii w Gliwicach czyli paranoja ma się dobrze c.d."

Ustalony termin konsultacji 18 listopad 9 rano. Wyjazd 17 listopad 5 rano jedynym autobusem jadącym przez Gliwice. Czas jazdy 7,5 godz., cena biletu 60 zł. Hotel niedaleko kliniki klasy bardzo średniej 130 zł doba. Powrót - mam "szczęście"od 18 XI do 12 XII pociąg relacji Wrocław-Przemyśl o 13.29 jedzie przez Gliwice, przyjazd około 21.15. Jak nie zdążę autobus o 18. Zdążyłam, koszt 62 zł. Pozostałe koszty, komunikacja miejska, jakieś jedzenie, w sumie około 350 zł.  A co pomiędzy?
8.30 - czekam na konsultację
około 9 dowiaduję się , że konsultacja przełożona na 10-10.30 bo zmarł ojciec Pani Sekretarki i wszyscy udają się na pogrzeb. Wracam do hotelu , wymeldowuję się i z powrotem do kliniki.
9.45 -czekam na konsultację
11- zostaję poproszona, tym razem do gabinetu. Zamiast Profesora, który zlekceważył umówionych pacjentów i zrobił sobie wolne inny doktor, jak się okazuje Docent Zastępca + Młody Doktor, na którego spadł jakże uciążliwy obowiązek zajmowania się moim "przypadkiem". DZ jak się okazuje kompletnie niezorientowany w "przypadku"zadaje pytania typu :jakie miałam objawy i kto zrobił operację. Jak również czy się zgadzam na radioterapię. Hm, jestem tam czwarty raz, nie bardzo mam inne wyjście więc pytanie raczej zbędne. DZ postanawia, że jak już jestem to zostanę poddana procedurze czyli zrobienie maski, tomograf do kompletu i rezonans. W przyszłym tygodniu doktory obejrzą, obgadają i postanowią czy ewentualnie można coś w moim "przypadku" zdziałać, bo jak wiadomo bliskość rdzenia utrudnia jakiekolwiek działanie lecznicze. Konkretów brak jak zwykle.
Udaję się z MD do modelarni, gdzie niestety niestety dowiadujemy się , że z "procedury" nici albowiem awaria jest i ani tomograf ani rezonans nie działają. Następny termin 25 listopad. czyli od nowa wydatki i wielogodzinne podróże, że o upływającym czasie nie wspomnę.
Przy okazji na moje pytanie czy doktory nie wiedziały, że przy metalowym implancie terapia protonowa jest niemożliwa dowiaduję się , że nie wiedziały bo !!! nie rozpatrywały terapii pod tym kątem. Brak mi słów.
Kolejny raz usłyszałam też pytanie czy mam kartę szybkiego leczenia onkologicznego. Kolejny raz odpowiedziałam, że nie mam. Najpierw konsternacja, a potem odkrywczo MD stwierdził, że tylko w przypadku złośliwego nowotworu się takową dostaje. Ja z lekkim zdziwieniem : ale panie doktorze na wyniku z badania histopatologicznego jest wyraźnie napisane, że nowotwór złośliwy. Doktor się zacukał i nie podjął tematu, a ja się zastanawiam czy ktokolwiek w tej klinice zapoznał się z moją dokumentacją?
Tak sobie myślę, że z tymi protonami to mnie spławili. Mogli wcześniej sprawdzić, czy w razie gdyby Bóg zwany NFZ nie sfinansował mi protonów to byłaby możliwość zastosowania Cybernoża. Tak dla zaoszczędzenia czasu na później, bo żadnej gwarancji owego sfinansowania nie było. W przypadku struniaka protony skuteczniejsze, ale warto wiedzieć czy jest inna alternatywa w razie gdyby się nie udało.
Śmiać się czy płakać? - wybrałam śmiech bo podobno lepszy dla zdrowia, ale ile razy jeszcze dam radę się śmiać?
Jaką mam gwarancję, że w przyszłym tygodniu będzie inaczej? bardziej profesjonalnie i z myślą o pacjencie?
Czy każdego tak traktują, czy ja jestem jakoś "uprzywilejowana", bo nie przeszłam przez gabinet  kolejnego Boga-Profesora , tylko pojawiłam się ze skierowaniem z innego centrum radioterapii?
Mam złośliwy nowotwór kręgosłupa szyjnego i ogólnie czuję się średnio. Nie mam już siły na te niekończące się pseudo konsultacje. Czy specjalnie tak robią żeby ludzie się poddawali i rezygnowali?
Pozdrowienia ze stryszku
dopisek
Z rzeczy bardziej pozytywnych to skończyłam drugi "wielki kwadrat". Jak ciut ochłonę to zrobię zdjęcia :-).
Pospacerowałam trochę po Gliwicach i nawet mi się podobało, chociaż wolałabym inne okoliczności przyrody.