piątek, 5 marca 2010

"zaklinanie wiosny ;-)"

Kika dni temu wybrałam się na spacer. Pięknie było, chociaż wiatr dmuchał nielicho. Naiwnie miałam nadzieję, że może to już koniec ze śniegiem w tym roku. Niestety dzisiaj znowu jestem w Hobbitowie i świata nie widzę :-((. Ale może to tylko ostatnie tchnienie zimy i zrobi się znowu tak jak na zdjęciach.

pomiędzy Rynkiem, a Placem Dominikańskim

ul. Franciszkańska

Widok z ulicy dochodzącej do parku

wyremontowany Domek Ogrodnika



a poniżej kilka urokliwych zakątków po drodze z parku do centrum





Jeszcze całkiem niedawno za tą bramą tętniło życie. Działały różne koła zainteresowań, biblioteka i kino, w którym można było oglądać nie tylko komercyjne filmy. Teraz na skutek niepojętych decyzji władz miejskich budynek drugi rok stoi pusty i niszczeje. Ostatnio wieść gminna niesie, że ma się to zmienić, pewnie wkrótce okaże się ile w tym prawdy, a ile to tylko pobożne życzenia

niestety takie widoki też są :-(( i to bardzo blisko centrum miasta

niedziela, 28 lutego 2010

"zmienił mi się widok z okna :-))"

Mam nadzieję, że widok z kuchennego okna będzie coraz lepszy i może już bez śniegu, ale różnie jeszcze może być. W każdym razie od kilku dni cieszę oczy nadzieją na wiosnę. Powoli zmienia się też w mieszkaniu. Wprawdzie pokazuję tylko zakątki bo większy plan nadal mało atrakcyjny, ale codziennie coś się zmienia.

to moje ukochane łóżko i jak widać Ikea ma się dobrze, jeśli chodzi o mnie :-)), obrazki wieszam , w różnych miejscach bo trochę ich nazbierałam, a ilość obrazkowych ścian drastycznie mi zmalała. Dla towarzystwa mam jak widać Gacusia i Krakersa czyli mojego miśka na smutki.

i to samo z innego miejsca

a to miejsce zachęcające do lenistwa, wprawdzie okolica jeszcze zagracona, ale co tam, jak sobie człowiek usiądzie, to jakoś tak od razu chce mu się położyć hi hi. Szczerze mówiąc ta kanapa jest nabytkiem całkowicie bezsensownym. Jest li i jedynie do siedzenia, a potrzebne jest miejsce do spania, ale coś tam wymyślę. Jak ją zobaczyłam to była moja i już. Nie jest nowa, ale jeszcze czas jakiś posłuży mam nadzieję.

stół jeszcze nieco ściśnięty, ale na upartego można usiąść

kawałek kuchni, tym razem od dołu

i obiekt kultu, czyli mój wymarzony robot, który kupiłam za pieniądze zarobione w Bieszczadach. Wprawdzie jak czas pokazał powinnam była oszczędzać każdy grosz, ale skoro już go mam to zamierzam się nim cieszyć :-))

kolejny kawałek kuchni, z nieco kopniętej perspektywy, chyba coraz bardziej widać , że jestem graciarą ;-). Regałek z rupieciami zrobiony z dwóch wiszących półek , jako nóżki wykorzystałam okrągłe nogi z obciętych regałów. Nie widać ich na tym zdjęciu, ale zrobię inne jak dojedzie komoda, która będzie stała pod oknem i kiedyś tam stół też będzie inny

i jeszcze "galeria" kuchenna :-)), wyhaftowałam te obrazki prawie 30 lat temu, wzory wzięte ze starej przedwojennej gazetki robótkowej. W tamtych czasach o np.: Burdzie z haftami można było tylko pomarzyć.
Pozdrawiam i do następnej odsłony :-))

środa, 17 lutego 2010

"kuzynka ;-) Hobbitów"

Zima nie jest niczym dziwnym w naszym kraju, ale od dawna tak nas nie obdarzała dobrem w postaci śniegu. Biorąc pod uwagę fakt, że w Przemyślu władze mają religijny stosunek do śniegu, czyli "Bóg dał to i weźmie", chodzenie po ulicach wymaga nie lada wytrzymałości, ale co tam, jest pięknie. Przynajmniej tak było w niedzielę, kiedy wybrałam się na spacer. Musiałam odreagować "jasną sosnę". Jest to lakierobejca firmy Dulux, jak napisało na puszce "exskluzywna".Zasadniczo to jest ohydnego marchewkowego koloru. Coś nie mam ja szczęścia do bejc wszelakich. W każdym razie po powrocie ze spaceru stwierdziłam, że trudno, na razie będę miała ohydne nogi pod blatem i półki, bo mam już dość i zmienię kolor jak zrobi się cieplej. Aktualnie czuję się jakbym mieszkała w igloo, albo innej ziemiance. Na dachu co najmniej 25 cm śniegu i to samo na oknach. Raczej trudno je otwierać i wietrzyć, a lakierobejca bezwonna nie jest, oj nie jest. Na spacerze było cudownie i jak widać na poniższych zdjęciach śnieg i zimno zdaje się nie przeszkadzać zwierzynie :-)). Okolica, w której teraz mieszkami w niczym nie przypomina osiedla bloków. Po tym względem przeprowadzka okazała się pozytywna.








Mniej pozytywne jest to, że nadal żyjemy w świecie kartonów. I dopóki nie będzie szafy w przedpokoju ten stan się nie zmieni. Po prostu nie mam gdzie upchnąć tego co zawierają. Jestem zmęczona i sfrustrowana i na dodatek przeziębiona. Kapiący nos nikogo nie nastraja optymistycznie. Ale żeby nie było, że nic się nie dzieje kilka fragmentarycznych fotek.

Nieco zmieniłam koncepcję i nie będzie łóżka z dołów meblowych. Posłużą jako powiedzmy komódki :-) i podstawy pod jakieś cosie. Ten coś powstał z mniejszego dołu i kawałka półek. To efekt niedzielnego odpoczynku. Postanowiłam w sobotę i niedzielę nic nie robić, żeby nabrać oddechu i dystansu i z tego nic nierobienia wyszło kilka rzeczy. Powiesiliśmy zegary i część obrazków, co bardzo zmieniło nastrój w mieszkaniu. Nie zniknęły wprawdzie wątpliwe ozdoby w postaci wszędobylskich kartonów, ale jak się przymknie oczy...


a to kawałek mebla w kuchni powstałego z przyciętych regałów z Ikea. Na razie bałagan na nim totalny i będą jeszcze szufladki na sztućce, ale można sobie wyobrazic jak będzie wyglądał docelowo. Poniżej znajdują się ohydne marchewkowe nogi i półki, ale te pokażę, jak je wyładuję i wiekszości nie będzie widać hi hi
i kawałek łazienki, która jest póki co jedynym wykończonym pomieszczeniem w domu. Zmieścił się w niej regał, który w starym mieszkaniu dzielił największy pokój na dwie przestrzenie, że tak powiem. Jak widać lubię kolor czerwony :-)) .I z okazji dzisiejszego Święta Kotów kilka fotek moich ulubieńców:




Na szczęście się przystosowały i buszują wśród tych wszystkich przeszkód. Co się nie bardzo ludziom podoba , dla kotów stanowi źródło rozrywki i zwiększa możliwości doprowadzania tych "większych" do szału. I z tym optymistycznym akcentem pozdrawiam i do następnego razu :-)).

czwartek, 4 lutego 2010

"upiorna sobota, a potem ciut lepiej"

widok z okna w kuchni

większy pokój, już po niedzielnych działaniach, czyli "dużo" lepiej niż w sobotę ;-)

Jej Wysokość nadzoruje prace w kuchni

widok na mniejszy pokój, jak widać zapchany regałami kuchennymi i rzeczami do łazienki, ale mam już poskładane łóżko :-))

A teraz nieco wiadomości z historii przeprowadzki:
W sobotę ostatecznie pożegnaliśmy się z naszym mieszkaniem. Rano dużym samochodem pojechała reszta mebli i większych rzeczy. Zostały niby resztki do zapakowania, ale jak się okazało te właśnie resztki mnie pokonały. W pewnym momencie popatrzyłam na to wszystko, usiadłam na podłodze i najzwyczajniej w świecie się rozpłakałam. Doprowadziłam się do takiego stanu, że nie mogłam przestać. Za dwie godziny miał przyjechać mąż koleżanki zabrać resztę dobytku i zwierzaki, a ja zamiast pakować , siedzę i ryczę jak głupia. W końcu udało mi się zebrać w sobie i zadzwonić , żeby nie przyjeżdżał . Gonia kazała mi się uspokoić i przybyła z pomocą. W efekcie udało nam się zakończyć przeprowadzkę późnym popołudniem. Oczywiście dla dopełnienia rozrywki cały czas padał mokry śnieg i to co jechało na przyczepce dotarło nieco"obryzgane" ;-). Koty jechały w trzech koszykach w samochodzie i nawet nie bardzo protestowały. Chyba tak samo jak ja miały dosyć wszystkiego. Jadąc do nowego mieszkania nie wiedziałam jeszcze co za upojny widok, czeka na mnie na miejscu. Cały korytarz zastawiony i to samo w mieszkaniu. Normalny obłęd. A ja oczywiście znowu w ryk. Zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić jak się z tym wszystkim zmieszczę w nowym domu :-(. Część rzeczy nadal zajmuje korytarz , ale dzisiaj prawdopodobnie Pan Zygmunt skończy łazienkę, więc będzie można zapchać mały pokój. W sobotę mieliśmy prowizorycznie zainstalowaną toaletę, ale wody nadal niet, więc trzeba ją było nosić ze sklepu na rogu. We wtorek woda się pojawiła, ale dzisiaj znowu odpłynęła w nieznane. Generalnie jednak idzie ku lepszemu. Zlikwidowaliśmy już trochę kartonów, głównie z książkami. Meble zostały skrócone i dostosowane do wysokości pomieszczenia. Doły z szufladami zostaną wykorzystane jako podstawa pod kanapę(normalnie pomysłowy Dobromir się we mnie objawił). Mam już prawie skończony główny mebel w kuchni, który powstał na bazie obciętych regałów z Ikea. Wygląda całkiem zadowalająco, ale pokażę zdjęcie jak już kuchnia będzie mniej więcej urządzona, teraz to po prostu masakra. Nie obyło się też bez małej katastrofy, hi hi. Dziecko przywiozło mi z Krakowa bejcę, coby kolor podstawy był taki jak regałów. No i niestety bejca mi się zważyła :-(, musiałam wszystko szlifować do gołego drewna. Główną "zaletą" tej rozrywki było zapylenie wszystkiego w mieszkaniu. Dobra wiadomość na koniec dzisiejszej pisaniny jest taka, że koty zniosły przeprowadzkę zdumiewająco dobrze :-)).Pozdrawiam serdecznie, a ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

"przeprowadzka w toku"

Praca wre, że tak powiem, ale do końca jeszcze ho ho ho, a w piątek trzeba się wyprowadzić. Widoki na zainstalowani toalety marne bardzo, więc kto wie , czy nie trzeba będzie korzystać z jakiegoś wynalazku ;-)). Dzisiaj rano stawiłam sie gotowa do prac malarskich i Pan Zygmunt, który tworzy łazienke powitał mnie wiadomością, że nie ma wody. Okazało się , że zamarzła woda w pionie. Co i rusz pojawiają się takie atrakcje niestety. Wczoraj miałam dokonać zakupu baterii do umywalki i innych d..pereli łazienkowych. Wcześniej wybrana umywalka odpadła, bo niestety okazało się , że siedząc na toalecie opierałabym na niej brodę. Póki co jeszcze nie muszę się tak podpierać , więc zakupiona została zupełnie inna, tym samym wybrana bateria była zupełnie z innej bajki. Poszłam do Castoramy już po powrocie do domu (dosyć złachmaniona szczerze mówiąc) i bezmyślnie zaczęłam ładować do koszyka różne rzeczy wybrane wcześniej i dobrze, że w pewnej chwili coś mnie tknęło. Pobiegłam do umywalki, którą zaposiadam i przymierzyłam do niej baterię z koszyka. No, to był widok hi hi. Tym samym musiałam zrezygnować też z pozostałych rzeczy. Nadal więc nie mam baterii, ale za to mam lustro :-)). Chwilowo to tyle z wiadomości przeprowadzkowych. Musze leciec z powrotem. Dzisiaj jeszcze mam w planie bejcowanie mebla, który wykonał do mojej kuchni mąż koleżanki.
Dziękuję za dobrą energię przesyłaną w komentarzach i przepraszam, że nie odpisałam na każdy, ale cieszę się każdym slowem :-)).

niedziela, 17 stycznia 2010

"pokój na poddaszu"

Kilka fotek mojego przyszłego mieszkania. Niezbyt widowiskowe ;-), ale małe to wszystko jest i nie umiem zrobić lepszego zdjęcia, poza tym puste, więc nie bardzo jest na czym się skupić. W związku z wydarzeniami, które się rozegrały niejako za moimi plecami i znalazły swoją kulminację w grudniu, moje mieszkanie zmieniło właściciela. A ponieważ zamieszkiwanie pod przysłowiowym mostem w naszym klimacie jest mało przyjemne, trzeba było szukać jakiegoś miejsca do życia. Nie było to łatwe. W końcu stanęło na adaptacji strychu. To moje jest najmniejsze i co tu dużo mówić najmniej ciekawe, ale jak się nie ma co się lubi i tak dalej.... Staram się nie roztkliwiać za bardzo, bo i tak osiągniecie tego etapu zabrało mi chyba 10 lat z życia. Podobno co nas nie zabije to nas wzmocni, ale wydaje mi się , że już dość tego "zabijania". Chciałabym, żeby dla odmiany spotkało mnie wreszcie coś przyjemnego. W każdym razie do końca stycznia przeprowadzka musi się dokonać . Papiery podpisane, pieniądze krążą między bankami, a ja zaczynam się pakować. Trzeba zdecydować czego się pozbyć , a to chyba najtrudniejsza część operacji. Przenosiny z dużego, pełnego przeróżnych "zbiorów" gromadzonych przez lata do małego i na dodatek składającego się w większości ze skośnych ścian wymaga drastycznych decyzji. Muszę też wykorzystać te meble, które mam, a naprawdę są zupełnie nieprzystosowane do mniejszych wysokości. Zobaczymy co uda mi się wymyślić. Następnym razem pokażę już mieszkanie po przenosinach. Pozdrawiam moich wiernych odwiedzających i trzymajcie kciuki :-)).






czwartek, 31 grudnia 2009

"ostatni dzień roku"

Dawno nic nie pisałam, ale grudzień był jednych z najgorszych miesięcy w moim życiu. Ostatnie dwa tygodnie balansowałam na skraju całkowitego poddania się i emocjonalnej ucieczki w jakiś najdalszy zakamarek mojego ja. Tkwię po czubek głowy w bagnie i najgorsze jest to, że zostałam w nie wepchnięta calkiem niespodziewanie. Grom z jasnego nieba i inne takie. Ale człowiek ma jednak spore pokłady instynktu samozachowawczego. Powoli zbieram się w sobie i w miarę możliwości staram się wydostać, czyli teraz bagno sięga mi tylko do uszu ;-). Ale dość tych smętków. Podobno zanim się polepszy musi byc gorzej, więc uznaję, że gorzej już było i teraz nadchodzi czas na lepsze. Dziękuję tym co znaleźli dla mnie dobre słowo i ciągnęli za uszy do góry. Dziękuję Yrso, to naprawdę miłe i podnoszące na duchu, jak widzisz, że ktoś zauważa twoją nieobecność.
W ten ostatni dzień roku 2009 życzę wszystkim, którzy tu zaglądali , żeby ten nadchodzący Nowy Rok 2010 przyniósł Wam wiele dobrych dni i dużo radości.
Chcę też podzielić się z Wami całkiem niespodziewanym szczęściem jakie mnie dzisiaj spotkało :-))).
Dowiedziałam się, że zostanę babcią !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!