czwartek, 4 lutego 2010

"upiorna sobota, a potem ciut lepiej"

widok z okna w kuchni

większy pokój, już po niedzielnych działaniach, czyli "dużo" lepiej niż w sobotę ;-)

Jej Wysokość nadzoruje prace w kuchni

widok na mniejszy pokój, jak widać zapchany regałami kuchennymi i rzeczami do łazienki, ale mam już poskładane łóżko :-))

A teraz nieco wiadomości z historii przeprowadzki:
W sobotę ostatecznie pożegnaliśmy się z naszym mieszkaniem. Rano dużym samochodem pojechała reszta mebli i większych rzeczy. Zostały niby resztki do zapakowania, ale jak się okazało te właśnie resztki mnie pokonały. W pewnym momencie popatrzyłam na to wszystko, usiadłam na podłodze i najzwyczajniej w świecie się rozpłakałam. Doprowadziłam się do takiego stanu, że nie mogłam przestać. Za dwie godziny miał przyjechać mąż koleżanki zabrać resztę dobytku i zwierzaki, a ja zamiast pakować , siedzę i ryczę jak głupia. W końcu udało mi się zebrać w sobie i zadzwonić , żeby nie przyjeżdżał . Gonia kazała mi się uspokoić i przybyła z pomocą. W efekcie udało nam się zakończyć przeprowadzkę późnym popołudniem. Oczywiście dla dopełnienia rozrywki cały czas padał mokry śnieg i to co jechało na przyczepce dotarło nieco"obryzgane" ;-). Koty jechały w trzech koszykach w samochodzie i nawet nie bardzo protestowały. Chyba tak samo jak ja miały dosyć wszystkiego. Jadąc do nowego mieszkania nie wiedziałam jeszcze co za upojny widok, czeka na mnie na miejscu. Cały korytarz zastawiony i to samo w mieszkaniu. Normalny obłęd. A ja oczywiście znowu w ryk. Zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić jak się z tym wszystkim zmieszczę w nowym domu :-(. Część rzeczy nadal zajmuje korytarz , ale dzisiaj prawdopodobnie Pan Zygmunt skończy łazienkę, więc będzie można zapchać mały pokój. W sobotę mieliśmy prowizorycznie zainstalowaną toaletę, ale wody nadal niet, więc trzeba ją było nosić ze sklepu na rogu. We wtorek woda się pojawiła, ale dzisiaj znowu odpłynęła w nieznane. Generalnie jednak idzie ku lepszemu. Zlikwidowaliśmy już trochę kartonów, głównie z książkami. Meble zostały skrócone i dostosowane do wysokości pomieszczenia. Doły z szufladami zostaną wykorzystane jako podstawa pod kanapę(normalnie pomysłowy Dobromir się we mnie objawił). Mam już prawie skończony główny mebel w kuchni, który powstał na bazie obciętych regałów z Ikea. Wygląda całkiem zadowalająco, ale pokażę zdjęcie jak już kuchnia będzie mniej więcej urządzona, teraz to po prostu masakra. Nie obyło się też bez małej katastrofy, hi hi. Dziecko przywiozło mi z Krakowa bejcę, coby kolor podstawy był taki jak regałów. No i niestety bejca mi się zważyła :-(, musiałam wszystko szlifować do gołego drewna. Główną "zaletą" tej rozrywki było zapylenie wszystkiego w mieszkaniu. Dobra wiadomość na koniec dzisiejszej pisaniny jest taka, że koty zniosły przeprowadzkę zdumiewająco dobrze :-)).Pozdrawiam serdecznie, a ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

"przeprowadzka w toku"

Praca wre, że tak powiem, ale do końca jeszcze ho ho ho, a w piątek trzeba się wyprowadzić. Widoki na zainstalowani toalety marne bardzo, więc kto wie , czy nie trzeba będzie korzystać z jakiegoś wynalazku ;-)). Dzisiaj rano stawiłam sie gotowa do prac malarskich i Pan Zygmunt, który tworzy łazienke powitał mnie wiadomością, że nie ma wody. Okazało się , że zamarzła woda w pionie. Co i rusz pojawiają się takie atrakcje niestety. Wczoraj miałam dokonać zakupu baterii do umywalki i innych d..pereli łazienkowych. Wcześniej wybrana umywalka odpadła, bo niestety okazało się , że siedząc na toalecie opierałabym na niej brodę. Póki co jeszcze nie muszę się tak podpierać , więc zakupiona została zupełnie inna, tym samym wybrana bateria była zupełnie z innej bajki. Poszłam do Castoramy już po powrocie do domu (dosyć złachmaniona szczerze mówiąc) i bezmyślnie zaczęłam ładować do koszyka różne rzeczy wybrane wcześniej i dobrze, że w pewnej chwili coś mnie tknęło. Pobiegłam do umywalki, którą zaposiadam i przymierzyłam do niej baterię z koszyka. No, to był widok hi hi. Tym samym musiałam zrezygnować też z pozostałych rzeczy. Nadal więc nie mam baterii, ale za to mam lustro :-)). Chwilowo to tyle z wiadomości przeprowadzkowych. Musze leciec z powrotem. Dzisiaj jeszcze mam w planie bejcowanie mebla, który wykonał do mojej kuchni mąż koleżanki.
Dziękuję za dobrą energię przesyłaną w komentarzach i przepraszam, że nie odpisałam na każdy, ale cieszę się każdym slowem :-)).

niedziela, 17 stycznia 2010

"pokój na poddaszu"

Kilka fotek mojego przyszłego mieszkania. Niezbyt widowiskowe ;-), ale małe to wszystko jest i nie umiem zrobić lepszego zdjęcia, poza tym puste, więc nie bardzo jest na czym się skupić. W związku z wydarzeniami, które się rozegrały niejako za moimi plecami i znalazły swoją kulminację w grudniu, moje mieszkanie zmieniło właściciela. A ponieważ zamieszkiwanie pod przysłowiowym mostem w naszym klimacie jest mało przyjemne, trzeba było szukać jakiegoś miejsca do życia. Nie było to łatwe. W końcu stanęło na adaptacji strychu. To moje jest najmniejsze i co tu dużo mówić najmniej ciekawe, ale jak się nie ma co się lubi i tak dalej.... Staram się nie roztkliwiać za bardzo, bo i tak osiągniecie tego etapu zabrało mi chyba 10 lat z życia. Podobno co nas nie zabije to nas wzmocni, ale wydaje mi się , że już dość tego "zabijania". Chciałabym, żeby dla odmiany spotkało mnie wreszcie coś przyjemnego. W każdym razie do końca stycznia przeprowadzka musi się dokonać . Papiery podpisane, pieniądze krążą między bankami, a ja zaczynam się pakować. Trzeba zdecydować czego się pozbyć , a to chyba najtrudniejsza część operacji. Przenosiny z dużego, pełnego przeróżnych "zbiorów" gromadzonych przez lata do małego i na dodatek składającego się w większości ze skośnych ścian wymaga drastycznych decyzji. Muszę też wykorzystać te meble, które mam, a naprawdę są zupełnie nieprzystosowane do mniejszych wysokości. Zobaczymy co uda mi się wymyślić. Następnym razem pokażę już mieszkanie po przenosinach. Pozdrawiam moich wiernych odwiedzających i trzymajcie kciuki :-)).






czwartek, 31 grudnia 2009

"ostatni dzień roku"

Dawno nic nie pisałam, ale grudzień był jednych z najgorszych miesięcy w moim życiu. Ostatnie dwa tygodnie balansowałam na skraju całkowitego poddania się i emocjonalnej ucieczki w jakiś najdalszy zakamarek mojego ja. Tkwię po czubek głowy w bagnie i najgorsze jest to, że zostałam w nie wepchnięta calkiem niespodziewanie. Grom z jasnego nieba i inne takie. Ale człowiek ma jednak spore pokłady instynktu samozachowawczego. Powoli zbieram się w sobie i w miarę możliwości staram się wydostać, czyli teraz bagno sięga mi tylko do uszu ;-). Ale dość tych smętków. Podobno zanim się polepszy musi byc gorzej, więc uznaję, że gorzej już było i teraz nadchodzi czas na lepsze. Dziękuję tym co znaleźli dla mnie dobre słowo i ciągnęli za uszy do góry. Dziękuję Yrso, to naprawdę miłe i podnoszące na duchu, jak widzisz, że ktoś zauważa twoją nieobecność.
W ten ostatni dzień roku 2009 życzę wszystkim, którzy tu zaglądali , żeby ten nadchodzący Nowy Rok 2010 przyniósł Wam wiele dobrych dni i dużo radości.
Chcę też podzielić się z Wami całkiem niespodziewanym szczęściem jakie mnie dzisiaj spotkało :-))).
Dowiedziałam się, że zostanę babcią !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

niedziela, 29 listopada 2009

"grudniowe "Moje Mieszkanie"

Ukazał się grudniowy numer, co tu dużo mówić wyczekiwany. Wprawdzie szyłam te świąteczne
ozdoby na chybcika i dużo im brakuje, ale zawsze to miło jak jak się zobaczy w pięknym otoczeniu coś zrobionego przez siebie. Serduszka i choinki można powiesić na drzewku, albo wykorzystać tak jak zrobiła to stylistka :-)

Jagoda lubi proste ozdoby i taka też jest ta girlanda ;-)

zdjęcia Chaty są naprawdę piękne, ale nie bardzo wiem po co dawać fotkę ptaka bez głowy ??? Biorąc pod uwagę ilość czasu jaką stylistka i fotograf poświęcali na każde ujęcie, to akurat chyba nikogo nie zachwyca. Nie wiem czy to kwestia druku, ale chyba lepiej było dać mniejsze zdjęcie, ale jednak z głową hi hi. W końcu nie jest to Bezgłowy Nick, ani też Jeździec bez głowy. Tak więc drodzy oglądacze :-)) mojego bloga chyba nie zdziwicie się , że jest mi smutno i odkładam tą sprawę do kuferka straconych szans :-((.

Nie pokazałam zdjęć, które sama zrobiłam bo wszystkie jak jedno wyszły mi niewyraźne, niemniej przynajmniej mój ptak jest anatomicznie całościowy ;-)

i jeszcze zdjęcie w dziennym świetle na balkonie. Ptaszek do kompletu z tym ze zdjęcia, tylko "patrzy" w drugą stronę :-))

Podsumowując, z jednej strony jest mi bardzo przyjemnie. Jestem wdzięczna Jagodzie, że zechciała by moje "szmacianki" nie tylko ozdobiły chatę, ale też poprzez gazetę zaistniały w "świecie". Doceniam pracę stylistki Bereniki Ziemkiewicz i fotografa Kalbara - nie miałam pojęcia, że jedno zdjęcie wymaga tyle pracy - i bardzo miło wspominam spotkanie z nimi. Pewnie ktoś powie : ciesz się babo, że miałaś okazję zaistnieć w prasie, bo setki osób robią lepsze rzeczy i nikt ich nie pokazuje, a ty marudzisz. Więc nie chcę wydać się niewdzięcznicą, ale jednak wolałabym, żeby ptak był z głową hi hi.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających i dziękuję Jagodzie.

środa, 25 listopada 2009

25 listopada - święto Misiów :-))

Zazwyczaj 25 listopada jest mało przyjemny. Zimno, deszczowo i ogólnie ponuro, więc takie "misiowe święto" sprawia, że się uśmiechamy i jakoś nam lepiej na duszy. Przynajmniej ja tak mam, ale co tu ukrywać jestem mocno szurnięta na misiowym tle. Dużo ich ze mną zamieszkuje i ciągle przybywają nowe :-)). Byłam już całkiem podrośniętą panienką jak dostałam od Dziadka mojego pierwszego misia. Był żółty, miał czerwona kokardę, a że było to baaaaaaaaardzo dawno temu ;-), w środku miał trociny. I to niestety przyczyniło się do jego podróży w zaświaty. Moja młodsza siostra w wieku lat mniej więcej czterech przeżywała fascynację pralką o wdzięcznym imieniu "Frania". Wir to było coś pięknego po prostu, a jeszcze jak coś się w owym wirze kręciło to już było samo szczęście. Wrzucała tam wszystko co złapała. I w taki właśnie sposób zakończył życie mój misiu. Następnego dostałam już jako całkiem dorosła osoba od mojego teścia. Niestety gdzieś przepadł. Potem przez wiele lat była przerwa, aż dostałam od koleżanki na urodziny małego misia w świątecznym sweterku. I się zaczęło hi hi. Po kilku latach moja misiowa kolekcja trafiła na wystawę do Biblioteki Miejskiej. Co roku robią tam w grudniu wystawę różnych kolekcji. Misie cieszyły się taką popularnością, że zamiast miesiąc mieszkały w bibliotece dwa . A teraz "pani z misiami"jest zapraszana do przedszkoli :-)) i najmłodszych klas. Dzieci przynoszą swoje ulubione przytulanki (na przykład plastikowego dinozaura ;-) ),czytamy zawsze jakąś misiową książeczkę i opowiadamy o tym co kolekcjonujemy. Dzieciaki zbierają zadziwiające rzeczy hi hi. Ale dość tego gadania, teraz kilka zdjęć. Niestety natchnęło mnie już po południu i nie bardzo mi wyszły, ale trzeba jakoś uczcić to miłe święto.





To mój najnowszy misiu, albo misia :-)) jak kto woli " Alicja w Krainie Czarów". Przyjechała ze mną z Krakowa. To kolejny prezent od Patrycji.


Skorzystałam ze zdjęć z książki "Teddy's World" Mirjii de Vries wyd. Joost Elffers Book.

sobota, 21 listopada 2009

"rzut oka na Przemyśl"















Po dwóch tygodniach chorowania uznałam, ze dość i basta i wybrałam się na mały spacer ulicami Przemyśla. To naprawdę piękne miasto, ma tylko pecha do tych co nim zarządzają. Ale mam nadzieję, że chętnie powędrujecie razem ze mną :-)).