Zaczęło się od problemu, który generalnie problemem nie powinien być i moim zdaniem wynika z braku podstawowej komunikacji i zrozumienia. Mianowicie okazało się , że to co ja postrzegałam jako zwyczajną troskę Mm odebrała jako totalną kontrolę nad jej poczynaniami. Pewnie wyglądałoby to inaczej gdyby sytuacja była inna. Ale wyszło jak wyszło i obie musimy z tym żyć. Mm uważa, że w Łodzi też by wyzdrowiała i niepotrzebnie ją tu przywiozłam. Wynikają z tego różne sytuacje, które czasem śmieszą a czasem doprowadzają do białej gorączki. Uznała, że już jest zdrowa całkowicie i w związku z tym będzie wszystko robiła sama. I ok, niech robi, ale używając rozumu. Jak wiadomo mamy zimę i pogoda jest zmienna, więc wychodzenie z domu bez telefonu i nic nie mówiąc nie wydaje mi się rozsądne. Sama jestem póki co bardziej sprawna fizycznie, a jakoś nie przeszkodziło mi to w zaliczeniu upadku, po którym ledwo wstałam i to nie od razu. Więc według mnie prośba, żeby wychodząc z domu zabierała telefon i jednak mówiła, że wychodzi jest czymś zwyczajnym, a nie dowodem na to, że nie może nic zrobić bez mojego pozwolenia. Poza tym Przemyśl wprawdzie duży nie jest, ale do tej pory między pobytami w szpitalach i leżeniem w domu nie było wiele okazji, żeby go poznała. No, ale jakoś nie możemy się dogadać. Zasadniczo dla mnie to, że jest coraz bardziej sprawna i samodzielna jest nagrodą od losu, której szczerze mówiąc nie oczekiwałam, więc nijak nie mam zamiaru ani ochoty jej ograniczać i kontrolować. Ale wszystkie te drobne scysje i niemiłe podchody doprowadziły, ze moja krucha z trudem osiągana równowaga poszła precz i znowu byłam jak niedorobiona galareta. I tu wkraczamy w sferę amoku porzucając sferę dołka :-). Otóż jedna moja znajoma posiadająca sklep z materiałami zapytała czy nie chcę resztek obiciówki. Z większych kawałków, które zostają z beli szyje jaśki, ale z tego co zostaje już nic nie robi. Nooooooooo oczywiście jako osoba mająca zaszmacone zaledwie połowę mieszkania przygarnęłam kawałki do niczego mi niepotrzebne. Ale przecież nie mogłam pozwolić żeby poszły do śmietnika. Pewnie gdyby nie ogłupiający dołek to jednak ograniczyłabym moje żądze szmaciarskie hi hi. Już wlokąc potworny wór do domu zaczęłam się zastanawiać na co mi to i co z tym zrobię. Na początek okazało się , że diabelstwo potwornie puszcza nitki co natychmiast odkryły koty, bo wysypałam zawartość wora na podłogę , żeby zobaczyć co właściwie dostałam. Dostarczając kotom upojnej rozrywki zaczęłam kawałki mniej więcej układać kolorystycznie i tak sobie pomyślałam, że może jakieś torby by z tego wyszły ? Z tą myślą udałam się na tzw spoczynek. A od rana się zaczęło i tak trwa już kilka dni. Zasadniczym założeniem było, żeby torba była prosta, szybka łatwa do szycia i bez żadnych bajerów, bo stan umysłu wykluczał jakieś twory wymyślne. Kształt narzucają kawałki, co widać :-) na obrazkach poniżej. Mój osobisty szmaciany świr każe wykorzystywać każdy kawałek, więc ograniczam cięcie do minimum. Torba może być zakupowa, albo plażowa na przykład. Nie są one niczym cudownym, ale chyba lepiej szyć torby niż zamieniać się w trzęsącą galaretę.
Na pierwszym zdjęciu efekt pracy wieczornej. Do końca jeszcze daleko, ale wierzch uszyty :-))
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku. Oddalam się do szycia, póki jestem w ciągu hi hi. Jeszcze duuuuuuuużo kawałków mi zostało.