sobota, 18 lutego 2017

"Muzeum Dobranocek i.... czyli teraz będzie nadmiar postów hi hi"

Do Muzeum Dobranocek i Zabawek zPRL-u w Rzeszowie wybraliśmy się podczas ferii. Pogoda się załamała, zamiast śniegu deszcz czyli czas jak najbardziej odpowiedni do innej rozrywki niż saneczki. Decyzja zapadła i pojechaliśmy. Oczywiście obiektem kultowym czyli pociągiem zwanym Niedźwiadek. Nie żebyśmy mieli wielki wybór co do pojazdu, w grę wchodził ewentualnie Bus, który pojazdem kultowym nie jest . Muzeum można sobie wyguglać i obejrzeć na jego stronie o wiele lepsze zdjęcia niż wykonane przez piszącą te słowa, więc ani opisów, ani zdjęć za dużo nie będzie. Tak naprawdę ten post jest pretekstem do pokazania jednego zdjęcia ze specjalną dedykacją i pewną historyjką :-).
Muzeum jest w pomieszczeniach bez okien czyli po prostu w piwnicy i mój padający aparat nie podołał, a światła skierowane na gabloty nie pomogły, ale...Ale muszę przyznać, ze się wzruszyłam spoglądając w przeszłość, a Piotrek  był bardzo zadowolony, a dziadek nie mógł powstrzymać się od okrzyków typu "miałem to".
Dla dziewczynek
Dla chłopców
Moja ulubiona układanka w przedszkolu, była jeszcze wersja z gwoździkami i płytą pilśniową :-)
Uciekaj myszko do dziury, bo tu cię złapie kot bury czyli gry z tamtych czasów
i układanki
Bohaterowie dobranocek :-), mniej i bardziej zaawansowani technicznie hi hi

I niezbyt zadowolony Piotruś w szkolnej ławce, nie bardzo chcący uwierzyć, ze babcia w takiej siedziała w szkole "-)
I dwaj panowie przy studni na Rynku, młodszy z miną typu "po co mi robisz zdjęcie" ;-)
A teraz zdjęcie, na widok którego śmiałam się jak durna, ze specjalną dedykacją dla mojej siostry i "limuzyny"ze zdjęcia. Najpierw opowiastka hi hi.
Otóż, dawno dawno temu pewien mały chłopiec dostał taką limuzynę od dziadka. Dziadek pojazd nabył z drugiej ręki w stanie opłakanym i poddał reanimacji, dzięki czemu do wnuczka dotarł już jako krwisto czerwona limuzyna z żółtymi światłami w pełni sprawna. Oczywiście, żadnej tam elektryki, baterii i.t.p tylko napęd nożny czyli pedały, co będzie istotne w dalszym ciągu opowieści. Chłopiec autem się cieszył, ale czas płynął nieubłaganie i w końcu zupełnie już nie pasował rozmiarem do pojazdu. Dla mamusi chłopca wielkość zabawki zaczęła stanowić pewien problem i postanowiła przekazać go dalej (czego teraz trochę żałuje hi hi). Nie było to takie proste bowiem zaczęły się już pojawiać pojazdy bardziej zaawansowane technicznie i pedałowiec nie stanowił obiektu marzeń małych chłopców. Ale pewnego dnia do mamusi odezwała się jej Młodsza Siostra (młodsza, ale całkiem dorosła), że jest chętna osoba i tylko jest problem, bo trzeba pojazd dostarczyć na dworzec we Wrocławiu. Tu mała dygresja- posiadacze limuzyny mieszkali wówczas w Żarach, skąd jedyny bezpośredni pociąg zwany pieszczotliwie "ajzenachem" kursował w okolicach godziny trzeciej nad ranem. Młodsza Siostra postanowiła się poświęcić i przybyć osobiście celem pośredniczenia w przekazaniu dobra . Oczywiście problem jak z osiedla oddalonego od stacji o jakieś cztery km w środku nocy dostarczyć dobro do pociągu nie zaprzątał na razie główek nieco szurniętych siostrzyczek. Młodsza Siostra przybyła po południu i jakoś tak pod wieczór zaczęła się debata co z tym fantem zrobić. Komunikacja miejska nocą nie prowadziła działalności, żaden bagażnik taksówki pojazdu o takich gabarytach by nie pomieścił, więc nie było innego wyjścia jak udanie się na stację piechotą. Ale jak to zrobić? dobro trochę ważyło. Ale przemądre siostrzyczki przy udziale dziecka jednej, a siostrzeńca drugiej uradziły, że należy dobro ciągnąć. I tak oto około godziny 1:30 w nocy zaśmiewając się do łez zniosły pojazd ze schodów i trochę ciągnąc po mało równym chodniku uśpionego osiedla, trochę niosąc, dotarły do asfaltu. Co tu dużo mówić ledwo żywe ze śmiechu i w pełni świadome faktu, że pomysł z ciągnięciem pojazdu na pasku od płaszcza jest niemożliwy do realizacji. Otóż bowiem proszę państwa siostrzyczki nie uwzględniły faktu iż droga do miasta (osiedle znajdowało się pod miastem, albo za jak kto woli) jest cokolwiek z górki. W końcu Starsza Siostra wpadła na odkrywczy pomysł, że najlepiej będzie wykorzystać pojazd zgodnie z przeznaczeniem. Po różnych przymiarkach do pedałów, wszak osoba prowadząca była nieco większa niż przewidziana na kierowcę Młodsza Siostra zasiadła na masce używając wyżej wymienionego paska do kierowania i z lekkim hurgotem oddaliła się drogą na szczęście w większej części asfaltową. Po drodze minęła taksówkę, którą do domu z jakiegoś kursu wracał szwagier i wcale a wcale nie przyznał się , że zna podróżującą w dziwnym pojeździe osobę, tym bardziej, że osłupiały z wrażenia taksówkarz nieomalże wjechał na drzewo wykrzykując przy tym "widział pan to?". Szoku doznał też czteroosobowy oddział żołnierzy wracający z patrolu i jeszcze długo po tym wydarzeniu krążyły o nim opowieści w jednostce. Na dworcu we Wrocławiu Młodsza Siostra wywołała u oczekujących odbiorców raczej konsternację niż zachwyt, ale to już zupełnie inna historia.
Oto bohater opowiastki, a ta dwójka dzieci to całkiem jak my Siostro hi hi. Nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia niestety.
Serdeczne pozdrowienia ze stryszku.








7 komentarzy:

  1. Ubawiłam się tą anegdotką do łez:))))))
    Serdecznie pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, było śmiesznie kiedy się działo ;-).

      Usuń
  2. O przepraszam bardzo i żądam sprostowania-na pomysł wpadłam ja, bo siosrzan mój zbyt młody był na takie pomysły, wszak miałam wtedy 18 lat. Ty zaś na żaden pomysł wpaść nie mogłaś, bowiem po żądaniu zwrotu paska od prochowca, dostałyśmy napadu śmiechu i leżałaś w trawie trzymając się za brzuch😁😁😁. Na pomysł wpadłam, jak mi się pojazd zaczął po nogach obijać. I z widokiem Ciebie wyjącej ze śmiechu na przydrożnym trawniku o pierwszej w nocy, z godnościom osobistom odjechałam w ciemną dal😁😁😁.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sister dokonaj ponownych przeliczeń. Nijak nie mogłaś mieć 18-stu lat. W tym mieszkaniu , z którego ewakuowałyśmy pojazd zamieszkaliśmy jak dziecko chodziło do 1 klasy :-).

      Usuń
    2. Nie muszę dokonywać-pracowałam wtedy z Gienią w Polmozbycie. A zaczęłam tam pracę miesiąc po skończeniu 18-stki. Samochodem jechałam około sierpnia/września rok później- zaraz z pociągu do pracy szłam. Jeszcze rok później z przyczyn rozwojowych nie mogłam już jechać. A siostrzan narodził się był kiedy 15 wiosen sobie liczyłam. To raczej do szkoły nie chodził he he.

      Usuń
  3. Hahahahaha.... takie historie są najlepsze i trzeba było wypadu z wnukiem do Rzeszowa , abyś sobie Marysiu odświeżyła pamięć .
    Młodość miewa szalone pomysły , ale warto było , jest co wspominać i o co się spierać ;)))
    Pozdrawiam serdecznie / miałam taki serwis dla lalek ;))) /-Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Muzeum jest świetne i na pewno jeszcze się wybiorę, żeby sobie spokojnie "pokontemplować" przeszłość :-). Oglądałam te wszystkie rzeczy z uśmiechem, chociaż obiektywnie rzecz biorąc niektóre zabawki były okropne. Ale były też takie do których moja dusza rupieciarza się wyrywała ;-).
      Ech, Irenko, mieliśmy wtedy takie skromne wymagania.

      Usuń